Filmy za PRL-u wcale nie były lepsze

Karolak, Szyc, Adamczak. Tak prezentuje się lista znienawidzonych aktorów przez Janusza – konesera polskiego kina. Podczas seansu z Bareją, Chęcińskim, Różewiczem czy Konwickim, lubi mruczeć pod nosem: „Kiedyś to było!”.


Na świecie nie brakuje malkontentów. Również tych, którzy są uprzedzeni do współczesnego kina polskiego. Takie osoby, ślepo zapatrzone w filmy z czasów komuny, a nawet przedwojennych, nie potrafią dostrzec, że i kiedyś nie brakowało gniotów. Klątwa Doliny Węży jest najchętniej wymieniana jako niechlubny przykład peerelowskiego kina. Do mojego gustu za to nie przypadły takie filmy jak Granica, Operacja Himmler czy ekranizacje książek z Panem Samochodzikiem. ”Wyjątek potwierdzający regułę”, zapewne odpowiedzą fanatycy dawnych produkcji. Czy ich uparte zdanie wynika tylko z pewnej nostalgii oraz autonomicznego koloryzowania przeszłości?

Oczywiście, że nie. Ludzie uczuleni na współczesne polskie filmy często zapominają o warunkach, które kiedyś panowały w przemyśle filmowym (i nie tylko). Wzrost liczby produkowanych filmów z dekady na dekadę na świecie, w tym również w Polsce, powoduje, że występuje większe ryzyko powstania marnego obrazu kinowego. Ponadto siła Internetu oraz rozwój sieci społecznościowych sprawiają, że o takich filmach jak Wiedźmin, Gulczas, a Jak Myślisz?, Kac Wawa czy Smoleńsk jest bardzo głośno i nie da się tak szybko o nich zapomnieć. Peerelowskie produkcje miały to szczęście, że tytuły znacznie odbiegające od innych dzieł słabiej przebijały się do świadomości przeciętnego widza.

Źródło: Studio Filmowe KADRRoman Wilhelmi jako kompan polskiego Indiany Jonesa. Film Marka Piestraka jakoś nie zachwiał pozycji Lucasa i Spielberga.

A co z dawnymi majstersztykami polskiej szkoły filmowej? Czy wybitność ponadczasowych produkcji wynikała z talentu ówczesnych reżyserów? Prawda może okazać się dla niektórych brutalna, ale geniusz  nierzadko był efektem panujących wtedy warunków, a nie tylko ponadprzeciętnych umiejętności twórców. Monopol państwa na finansowanie produkcji, niedobory taśmy filmowej, obowiązkowe komisje kwalifikujące scenariusz oraz kontrole cenzorskie sprawiały, że filmowcy byli zmuszeni – zarówno przy filmach fabularnych, jak i dokumentalnych – do stosowania pewnego rodzaju minimalizmu, a jednocześnie większej perfekcji oraz kładzenia większego nacisku na wartości merytoryczne. Dzisiejsi reżyserzy i scenarzyści, co prawda, mogą cieszyć się zdecydowanie większą wolnością, jednakże brak dawnych ograniczeń zniechęca niektórych do subtelnych eksperymentów, kierując się bardziej celami komercyjnymi, niźli artystycznymi. Dzisiejszym twórcom filmowym nie pomagają także problemy ze zdobyciem rozsądnego budżetu oraz goniące terminy.

Co jeszcze ciekawsze, omawiane marudzenie to nie tylko domena ludzi starej daty, ale także tych młodszych, urodzonych w latach 90. Doskonale to widać na przykładzie peerelowskich komedii, które są bardziej cenione niż te współczesne. Młode osoby, chętnie cytujące dialogi z Misia lub Rejsu, mogą nie rozumieć ukrytego sensu, dostrzegając tylko absurd ukazany na wierzchu. Ponadto w świadomości niektórych młodszych odbiorców takie lubiane filmy jak Ucieczka z Kina Wolność, Kroll, Psy czy Trzy Kolory: Biały mogą być mocno kojarzone jeszcze z PRL-em – a przecież powstawały już po upadku komunizmu.

Źródło: Syrena FilmsOd jakiegoś czasu trwa moda na banalne komedie, nie tylko romantyczne. Większość z nich nie jest arcydziełami. Ale przecież to tylko wycinek polskiej kinematografii.

Tak więc obecna kondycja polskiego kina wcale nie jest taka zła, jak mówi część krytykantów. Dowodzą tego filmy takie jak W Ciemności, Bogowie, Jestem Mordercą, Ostatnia Rodzina – oraz Ida, która jako pierwszy tytuł znad Wisły zdobył Oskara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny (mimo że za czasów zimnej wojny znacznie więcej polskich produkcji było nominowanych do tej nagrody).

Bezkrytyczni wielbiciele PRL-u powinni mieć na uwadze również to, że najnowsze wpadki w polskim kinie i telewizji nie zawsze wynikają z winy obecnych reżyserów, scenarzystów i aktorów. Bo przecież o teatrze dużo złego się nie słyszy. Doszło więc do spłycenia polskiego kina? A może to my i nasze preferencje się zmieniły, a filmowcy po prostu się zaadoptowali do obecnych trendów? Jeśli ludzie chcą przychodzić do kin na Pitbulla lub Listy do M – to dlaczego mają nie powstawać takie filmy?

(Głosy: 2)

Zobacz także:

Posted by

Udostępnij: