Witaj na oficjalnej stronie Przemysława Bednarskiego!

Projekt graficzny banerów: Roland Dominik

Najpopularniejsze wpisy:

„Kryształowe moralnie postaci – ja za taką osobę się nie poczuwam” – wywiad z Marcinem Garbowskim

Wczorajsza przegrana Le Pen zaburzyła popularność skrajnej i eurosceptycznej prawicy w Europie. W Polsce natomiast już od dawna …

Ja również przeżyłem efekt Mandeli

Doznałem wizji. „Nie ufaj we wszystko, co mówią. Politycy i naukowcy cię okłamują. Nie daj się zwieść pozorom – pochodzisz z inn…

Smutny Pepe płacze przez ciebie…

Z ostatniej chwili: Matt F. usiłował dokonać zabójstwa własnego dziecka! Czujni internauci jednak w porę uratowali biedne zwierz…

ko-CHAM kina

W pewnym momencie zaczęli być agresywni. Kiedy wychodziliśmy z sali, nikt z widowni słowem się nie odezwał, a ci dwaj kolesie śm…

20 groszy emerytki

Od soboty nie milkną głosy krytyki w sprawie Rafała Trzaskowskiego. Poseł PO zachował się, co prawda, jak bogacz z przypowieści …

Najnowszy podcast:

Najnowszy artykuł dla zewnętrznych stron:

A oto najgorsze filmy, które – pomimo tragicznego wykonania – nie dały o sobie zapomnieć, ocierając się o miano kultowych i ponadczasowych. 😏😏😏

Opublikowany przez Naekraniepl na 30 stycznia 2018

Ostatnie wpisy:

Pełnia Życia – recenzja

napisany przez Bednarski w lutego 10, 2018

W momencie, gdy twoje życie jest jak marzenie i osiągnąłeś już wszystko, czego pragnąłeś, niespodziewanie los płata figle, rujnując twój świat: zostałeś sparaliżowany od szyi w dół, nie mogąc samodzielnie oddychać. Przykuty do szpitalnego łóżka, jedyne, czego pragniesz, to szybka śmierć — jak się okazuje, życie pisze najlepsze scenariusze.


Pełnia Życia opowiada historię Robina Cavendisha, jednego z najdłużej żyjących ludzi dotkniętych niemal całkowitym paraliżem w wyniku infekcji wirusem polio. Brytyjczyk przed chorobą nie mógł narzekać na brak pieniędzy i przyjaciół. Wydawałoby się, że po tak surowym wyroku ze strony losu, jakim jest niedowład ciała, już nic nie będzie takie same. Cavendish jednak ostatecznie przełamał depresję i odzyskał chęć do życia, a to dzięki żonie oraz nowonarodzonemu synowi. Produkcja więc przypomina inny podobny film, o tytule Zanim Się Pojawiłeś, gdzie nie brakuje romantycznych i bardziej optymistycznych scen.

pelnia_zycia2.jpgMonolith Films

I to jest właśnie jedna z największych bolączek recenzowanego filmu. Sielankowe fragmenty nie współgrają z resztą obrazu, wepchnięte jakby na siłę. Nie winię jednak samego zamysłu – bo pewnie chodziło o zasadę kontrastu – a wyłącznie nieporadność reżysera. Andy Serkis, znany bardziej jako Gollum z Władcy Pierścieni Jacksona, dla którego praca przy Pełni Życia była debiutem reżyserskim, nie potrafił jeszcze umiejętnie stworzyć wysokiej jakości obrazu filmowego. Produkcja cierpi na źle dobrane plany, kilka zbędnych scen, pewne luki w scenariuszu i niekiedy słabo akcentowane emocje bohaterów. Drugą osobą, która najbardziej zawiniła przy produkcji, jest autor muzyki. Ścieżka dźwiękowa momentami jest albo za głośna, albo kompletnie nie pasuje do akcji widzianej na ekranie. Generalnie jakaś pierwsza połowu filmu jest bardzo nierówna.

Na szczęście to się zmienia w dalszej części dzieła. Film zaczyna bardziej się skupiać na dramacie oraz sile i chęci walki protagonisty. Widz nieraz będzie trzymany w napięciu, podekscytowany, głęboko poruszony, a nawet zaszokowany. Przekaz filmu, skłaniający do wielu pytań, po seansie będzie tym mocniejszy, jeśli nie zna się biografii Cavendisha. Duża w tym zasługa aktorów, a zwłaszcza Andrew Garfielda (Niesamowity Spider-Man, Przełęcz Ocalonych), który zagrał główną rolę. Inne elementy zawarte w filmie, które należy pochwalić, to kompozycja klamrowa oraz użyte pod koniec projekcji autentyczne fragmenty nagrań wideo z archiwum prywatnego rodziny Cavendishów. Jeśli w polskim wydaniu DVD/Blu-ray znajdzie się więcej materiałów z domowego archiwum, będę wniebowzięty.

Podsumowując, Pełnia Życia to nierówny film. Składa się z elementów, które nie zawsze ze sobą współgrają, oraz obnaża niedociągnięcia ze strony niektórych twórców. Cóż, Serkis musi się jeszcze wiele nauczyć, jeśli chodzi o reżyserkę. I choć jego debiutanckiemu obrazowi daleko do francusko-amerykańskiego dzieła pt. Motyl i Skafander, to film z Garfieldem i Claire Foy da się przyjemnie oglądać. Pełnia Życia to nie tylko kolejny typowy film o miłości, naprzeciw której staje ciężka choroba – sprawdzający się w roli wyciskacza łez – ale również hołd złożony ojcowi przez syna, Jonathana Cavendisha, producenta filmowego. Szczerość i autentyczność, towarzysząca przy tworzeniu filmu, wraz z obsadą aktorską, dużo wniosła do produkcji, poprawiając tym samym ostateczną jakość i wrażenia z oglądania recenzowanego tytułu.

pelniazycia_plakat.jpgMonolith Films

(Głosy: )

Zobacz także:

Pełnia Życia – recenzja

W momencie, gdy twoje życie jest jak marzenie i osiągnąłeś już wszystko, czego pragnąłeś, niespodziewanie los płata figle, rujnu…

Czy żyjemy w symulacji komputerowej?

napisany przez Bednarski w lutego 9, 2018

Wstajesz, bierzesz prysznic, jesz śniadanie, potem jedziesz do pracy; a wieczorem, z powrotem w domu, oglądasz telewizję i idziesz (sam lub z kimś) do łóżka. A wszystko to ma miejsce… tak naprawdę nigdzie – ani w fizycznym świecie, ani nawet w twoim umyśle – a wyłącznie w komputerze. Brzmi jak koszmar?


Nie jak koszmar, tylko jak poważna koncepcja naukowa. Hipoteza symulacji zakłada, że całe nasze życie – wszystko to, co robimy, czujemy i myślimy, a także otaczający nas świat – jest iluzją powstałą w programie komputerowym. Brzmi śmiesznie, jednak sporo filozofów i fizyków z całego globu zakłada taką możliwość – tym bardziej że, gdyby dokładnie przestudiować ten problem, można by dojść do naprawdę ciekawych wniosków.

Hipoteza symulacji została spopularyzowana pod koniec zeszłego tysiąclecia za sprawą trylogii Matriksa, która i dziś potrafi zachwycić. Jednak jednym z pierwszych współczesnych artystów-naukowców, którzy bliżej przyjrzeli się tej hipotezie, był Stanisław Lem. Ten wybitny krakowianin niniejszy problem życia w informatycznej iluzji zaprezentował w Cyberiadzie – zbiorze opowiadań, którego pierwsze wydanie ukazało się w 1965 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego – której głównymi bohaterami są Trurl i Klapaucjusz, wybitni konstruktorzy, znani z poprzedniego dzieła pt. Bajki Robotów.

Akcja opowiadań ma miejsce w bardzo odległej przyszłości, a jest to bardzo niezwykły świat, z co najmniej dwu powodów. Po pierwsze, owo uniwersum to wizja technologicznego postępu w motywach baśniowych, średniowiecznych. Z jednej strony mamy więc zaawansowaną sztuczną inteligencję, w dosłownym tego słowa znaczeniu, i podróże międzygwiezdne, które są na porządku dziennym, a z drugiej strony takie postaci jak królowie, rycerze, księżniczki i smoki. A po drugie, świat Cyberiady zamieszkują głównie obce formy życia oraz roboty. Ale nie zwykłe roboty, lecz androidy w pełni samoświadome i zdolne do odczuwania emocji. (Jednymi z takich robotów jest właśnie para głównych bohaterów). Ludzie natomiast – zwani bladawcami – żyją w mniejszości, uważani za gorszą formę życia.

Trurl by Daniel Mroz.jpgrys. Daniel Mróz @www.lem.pl

Wracając jednak do hipotezy symulacji, została ona opisana w opowiadaniu "Wyprawa siódma…". Wygnany przez poddanych król Eksyliusz poprosił Trurla, by ten pomógł mu odbić byłe państwo. Genialny konstruktor jednak, zamiast wybudować śmiercionośną broń, wpadł na pomysł opracowania cybernetycznego modelu świata. Eksyliusz był zadowolony, bo mógł dowoli bawić się mini-państwem, torturując symulowanych poddanych, a ci prawdziwi za to cali i zdrowi, żyjąc z dala od swego despotycznego eks-władcy. Wilk syty i owca cała.

Polski pisarz w swoich rozważaniach nie pyta jednak – jak większość osób to czyni – czy życie w symulacji jest w ogóle możliwe – bo przecież z opowiadania znamy już prawidłową odpowiedź (a jest ona twierdząca). Lem idzie za to o krok dalej, zadając pytanie odnośnie konsekwencji i moralności procederu, jakim jest tworzenie "życia" w programie komputerowym. Można to dostrzec w wypowiedzi Klapaucjusza, kompana Trurla, który na wieść o ostatnim wynalazku, karci swojego przyjaciela słowami: „A czy my sami, gdyby nas badać fizykalnie, kauzalnie i namacalnie, również nie jesteśmy chmurkami elektronowego harcowania? Ładunkami dodatnimi i ujemnymi, wmontowanymi w próżnię? I czy byt nasz nie jest rezultatem tych utarczek cząsteczkowych, choć sami odczuwamy łamańce molekuł jako trwogę, pożądanie lub namysł? I cóż więcej dzieje się w twojej głowie, gdy marzysz, oprócz dwójkowej algebry przełączeń i niestrudzonej wędrówki elektronów?”. Dodaje (niemal) na koniec: „Przecież cierpiący nie jest ten, kto ci to swoje cierpienie da do potrzymania, abyś je mógł zmacać, nadgryźć i zważyć, lecz ten, kto zachowuje się jak cierpiący! Udowodnij mi tu zaraz, że oni nie czują nic, że nie myślą, że nie ma ich w ogóle jako istot, świadomych zamknięcia między dwiema otchłaniami niebytu, tą sprzed narodzin i tą spoza zgonu, udowodnij mi to, a przestanę cię molestować! Udowodnij natychmiast, żeś tylko naśladował cierpienie, lecz go nie stworzyłeś!”.

Historia kończy się tym, że istoty z symulacji przedostają się do świata fizycznego i unicestwiają Eksyliusza. Można to odczytywać dwojako. Tekst być może skrywa ateistyczny, wręcz antyreligijny manifest, który potępia Boga (bądź inną siłę wyższą), będącego okrutnikiem, który bawi się naszym życiem, zsyłając na nas nieszczęścia. Finał opowiadania można interpretować również jako przestrogę: Lem być może chciał ostrzec ludzkość przed niemoralnym zachowaniem w imię nauki, zabawą w boga, w wyniku której – przykładowo – sztuczna inteligencja obróci się przeciwko nam. A wizja postapokaliptycznego świata, w którym system komputerowy dominuje nad człowiekiem, znana z filmów 2001: Odyseja Kosmiczna czy Terminator, jest coraz realniejsza. Tym bardziej, że obecnie jesteśmy już w stanie tworzyć sieci neuronowe, sztuczne życie (AL – Artificial Life) oraz androidy, które nie tylko służą zaspokojeniu potrzeb seksualnych, ale i posiadają obywatelstwo! Co będzie dalej? Czasami strach pomyśleć… Niemniej, Lem daje do zrozumienia, że każde życie – niezależnie czy to fizyczne u istot biologicznych bądź elektromechanicznych, czy symulowane analogowo lub cyfrowo w komputerze – jest cenne i wartościowe.

Lem photo Jacek Wcisło.jpgfot. Jacek Wcisło

Oczywiście hipoteza symulacji to nie jedyny problem, jaki poruszył Stanisław Lem w Cyberiadzie. Krakowski futurolog w omawianym cyklu opowiadań zawarł także barwne komentarze na temat powstawania świata i rozwoju ludzkości (Bajka o trzech maszynach opowiadających króla Genialona), próby przymusowego zadowolenia mieszkańców wszechświata i pomiaru szczęścia pod kątem ilościowym (Altruizyna… oraz Kobyszczę) oraz automatycznego cenzurowania treści użytkowników ze strony mediów (Edukacja Cyfrania). Wielotematyczność Cyberiady oraz część wizji autora, które po latach się sprawdziły, pokazują, jak ważne i ponadczasowe jest to dzieło.

Cały dorobek pisarski Lema w ogóle zasługuje na uwagę! – zwłaszcza tych osób, którym nie obce są takie pojęcia jak transhumanizm, czajniczek Russela czy paradoks Fermiego. Chciałbym jednak ostrzec, że Cyberiada nie jest łatwą książką – jednak nie z powodu problemów filozoficznych zawartych w treści, a języka, jakim są napisane opowiadania. Po pierwsze, Lem stosował dużo archaizmów, ze względu na wspomniany już mediewistyczno-futurystyczny wizerunek świata. (Dodatkowo nie pomaga fakt, że w czasach, kiedy Lem pisał większość utworów Cyberiady, współcześnie rozumiana informatyka z wykorzystaniem cyfrowych komputerów opartych na procesorach dopiero się rodziła). Po drugie, niemal każde opowiadanie z tego zbioru jest skąpe w dialogi, co wydłuża czas czytania. I po trzecie, polski pisarz lubił się bawić językiem, tworząc rymy, neologizmy i inne gry słowne. Tym samym powstał specyficzny i wysokiej jakości humor, lecz zrozumiały tylko przez nieliczne osoby. Książka zdecydowanie jest kierowana do ludzi inteligentnych i oczytanych.

Klapaucjusz by Daniel Mroz.jpgrys. Daniel Mróz @www.lem.pl

A odpowiadając w końcu na pytanie zawarte w tytule wpisu: NIE… wiem. Nie ma żadnych bezpośrednich dowodów na to, że jesteśmy tylko częścią jakiegoś zlepku cyfr, ułamkiem przewijanych linijek kodu, odgórnie zaprogramowanego bądź nie. Chociaż niektórzy argumentują życie w symulacji istnieniem chorób lub niewytłumaczalnych zjawisk, takich jak opętania czy sprawdzone proroctwa – pokazując, że takie przypadki mają świadczyć o błędach, bugach w systemie. Przykłady te mają służyć za pewnik prawdziwości hipotezy symulacji u osób, które wykorzystują ową koncepcję dla potrzymania swojej wiary w inteligentny projekt czy argument snu. Dowody, moim zdaniem, słabe; ale wizja życia w komputerze jest przerażająca, a jednocześnie ciekawa.

Zakładając nawet, że hipoteza symulacji jest prawdziwa: czemu miałoby służyć odkrycie przez nas prawdy? Objawienie dla samego objawienia? Samo uświadomienie sobie o iluzoryczności naszej egzystencji może nie być możliwe (no bo jak? I czy samo poznanie prawdy nie będzie też symulowane?); już nie mówiąc o szansie doświadczenia zewnętrznego świata (wszakże, wg Pisma Świętego, ludzki umysł za życia nie jest zdolny pojąć całego świata oraz istoty Boga). Po co sobie rzucać kolejne kłody pod nogi, już podczas przecież tak marnego losu? Mi już wystarczy zmartwień i krzywd, czyniących mnie nieszczęśliwym, których doświadczam obecnie za życia – jakie by ono nie było, prawdziwe czy symulowane.

(Głosy: )

Zobacz także:

Ja również przeżyłem efekt Mandeli

Doznałem wizji. „Nie ufaj we wszystko, co mówią. Politycy i naukowcy cię okłamują. Nie daj się zwieść pozorom – pochodzisz z inn…

Co z tym Auschwitz?, czyli o zmianie ustawy o IPN słów kilka

napisany przez Bednarski w lutego 7, 2018

Polska, broniąc swego honoru, po raz kolejny została opluta przez światowych liderów, będąc oskarżaną o współudział w mordowaniu Żydów podczas II wojny światowej. Czy słusznie?


Ten cały raban wokół nowelizacji ustawy o IPN został podniesiony 27 stycznia tego roku, gdy Anna Azari, ambasador Izraela w Polsce, publicznie skrytykowała planowane poprawki w polskim ustawodawstwie. Obawy izraelskiej polityk dotyczyły ewentualnego karania za mówienie o świadectwie Holokaustu. Pojawiły się również ostrzejsze słowa krytyki, jak np. tweet lidera laickiej partii Żydów o nazwisku Ja’ir Lapid, w którym pisał wprost, że „istniały polskie obozy śmierci”.

To nie pierwszy przypadek użycia przez zagraniczne media i polityków wyrażenia "Polish death camps" – najbardziej znanym przykładem jest chyba wpadka Baracka Obamy z 2012 roku, podczas uhonorowywania Jana Karskiego. W większości przypadków jednak niefortunne słowa wynikały głównie z niewiedzy, ignorancji faktów – dziś natomiast mamy do czynienia z celowym zabiegiem prowokatorów. A może jednak nie prowokatorów? Wyjaśnijmy więc sobie kilka kwestii.

Niektórzy usprawiedliwiają nazywanie Auschwitz-Birkenau czy Majdanku polskim kompleksem obozowym z powodu lokalizacji tych przerażających obiektów. Jest to jednak myślenie tylko częściowo słuszne. Oświęcim (skupmy się na nim) wraz z okolicami, podobnie jak spora część zachodnich ziem II RP, został włączony do terytorium III Rzeszy. Zmiana granic państwowych w wyniku niemieckiego rewizjonizmu była uznawana jednak tylko przez nieliczne podmioty stosunków międzynarodowych: państwo polskie formalnie nadal istniało, dzięki legalnemu gabinetowi w Londynie. Niemniej, Rząd RP na uchodźstwie nie sprawował żadnej realnej władzy na okupowanych terenach. Tak więc mówienie o polskich obozach w kontekście geograficznym jest co najmniej śmieszne. To tak samo jakby powiedzieć, że Pawilon X Cytadeli Warszawskiej był polskim więzieniem, a kompleks na Guantanamo jest kubańskim obozem.


Na dodatek niektóre osoby mówią, że ”co prawda, KL Auschwitz i jemu podobne były niemieckie, ale Polska miała w swojej historii również własne obozy śmierci” – wskazując choćby polskie obozy dla Rosjan, powstałe po I wojnie światowej. Widać tutaj jednak mylenie pojęć obozów zagłady z koncentracyjnymi. Celem tych pierwszych, jak sama nazwa wskazuje, jest jak najszybsze, wręcz zautomatyzowane unicestwienie jednostek ludzkich. Obóz koncentracyjny natomiast ma za zadanie przede wszystkim masowe odizolowanie ludzi, w późniejszym czasie prowadząc do ich fizycznego i/lub psychicznego wyniszczenia – coś jak zamknięte getto, tyle że o brutalniejszych warunkach, z małymi szansami na przeżycie. Jest to też szersze pojęcie: takie miejsce może spełniać funkcję od rygorystycznych zakładów dla jeńców wojennych i więźniów politycznych, przez ciężkie obozy pracy, kończąc na "fabrykach [powolnej] śmierci". Nazistowskim obozom koncentracyjnym niestety było bliżej do faktycznych obozów zagłady, zwłaszcza po roku 1942. Wpływ na ten stan rzeczy miała nie tylko antysemicka polityka w ramach ustaleń konferencji w Wannsee, ale także chore eksperymenty przeprowadzane na więźniach.

Przy okazji, warto na chwilę przyjrzeć się akcji sprzed trzech lat o półformalnej nazwie "German Death Camps", która do dziś może budzić mieszane uczucia – a chodzi o użyty w nazwie przymiotnik. Jeśli słowo "niemiecki" ma oznaczać państwowość, to nie można mieć tutaj większych zastrzeżeń. Wszakże III Rzesza była bezpośrednim sukcesorem Republiki Weimarskiej, która z kolei była przedłużeniem Cesarstwa Niemieckiego – związku federalnego zjednoczonych państewek niemieckich. (Samo państwo hitlerowskie, urzędowo nazywane Rzeszą Niemiecką, po II wojnie światowej przerodziło się we współczesną Republikę Federalną Niemiec).

Źródło: Jak Będzie w Akapie – Sekcja MemówTę grafikę można obecnie spotkać na różnych kanałach komunikacji internetowej. Jednak wbrew pozorom, mem ten powstał nie teraz, a w roku 2015, i to przez… polskich trolli. Motywem jednak nie były poglądy antysemickie czy tym bardziej antypolskie, a po prostu prowokacja delikatniejszych internautów.

Zatrważa za to akcentowanie przez część polskich środowisk nacjonalistycznych słów "niemieckie obozy" w kontekście narodowościowym. Choć ideologia nazizmu silnie opierała się na kwestiach etnicznych, stosując politykę rasistowską i szowinistyczną, to trzeba pamiętać, że za działanie zbrodniczej machiny niemieckiego faszyzmu odpowiadali nie tylko Niemcy. I nie mam tu na myśli wyłącznie Austriaków, Włochów i Japończyków; bo rządy Hitlera wspierali bezpośrednio bądź pośrednio m.in. Węgrzy, Rumuni, Finowie, obywatele francuskiego Vichy, a nawet niektórzy… Brytyjczycy i Polacy. Nie można też zapominać o drugiej stronie medalu, czyli o tajnej, podziemnej opozycji antynazistowskiej w Rzeszy – działającej również w czasie II wojny światowej. Oraz, co najważniejsze, rodzina Hitlera pochodziła z Austrii, a sam Adolf był Austriakiem – nie tylko jako obywatel, ale także jako osoba wychowywana w "duchu austriackim", w domu urzędnika średniego szczebla. Dopiero niespełnione marzenia o karierze malarskiej, których konsekwencją było zetknięcie się z antysemickimi i antykomunistycznymi grupami oraz udział w walkach na froncie zachodnim, doprowadziły do tego, że przyszły kanclerz Rzeszy czuł się ostatecznie Niemcem. To tylko dowodzi tego, że narodowość i narody we współczesnym rozumieniu mało mają wspólnego z "więzami krwi" i innymi obiektywnymi kryteriami, zaś samo poczucie przynależności do danej nacji jest płynne, a przy tym – względne.

Na dodatek przeraża argument polskich narodowców o nazywaniu Auschwitz i innych tego typu obiektów niemieckimi obozami ze względu na inne konotacje historyczne, sięgając głębiej do przeszłości. Stawianie Niemców w roli odwiecznych oprawców, opierając się na przykładzie – choćby – I wojny światowej, jest wynikiem nieznajomości faktów. Wybuch Wielkiej Wojny był wynikiem kumulacji licznych zdarzeń w teatrze europejskim oraz głupoty ówczesnych ludzi, a charakter tej wojny opierał się bardziej na konfliktach dynastycznych aniżeli nacjonalistycznych czy państwowo-kultowych. Trzeba też pamiętać, że w czasie konfliktu z lat 1914-1918 najwięcej zbrodni przeciwko ludzkości dopuścili się nie Niemcy, a Turcy z Imperium Osmańskiego, odpowiadając za rzeź ludności ormiańskiej.

Andrzej-Duda_fot-Dawid-Zuchowicz.jpgfot. Dawid Żuchowicz (Agencja Gazeta)

Wracając jednak do głównego tematu niniejszego wpisu, czyli całej tej afery politycznej, sprawa nazywania nazistowskich obozów koncentracyjnych i zagłady polskimi nie jest tak naprawdę tutaj najważniejsza – tzw. kłamstwo oświęcimskie od wielu lat w cywilizowanych krajach jest potępiane, a w Polsce karalne. Politycy i komentatorzy z całego świata, z izraelskimi na czele, z całej nowelizacji najbardziej krytykują artykuły 55a i 55b. Te dwa zapisy z ostatniej poprawki do ustawy z roku 1998 przewidują kary grzywny, a nawet pozbawienia wolności, dla osoby, która „publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie” – również w sytuacji, gdy takie słowa padły poza granicami Polski i/lub z ust obywatela zagranicznego kraju.

I właśnie o to rozchodzi się cała afera – bo Żydzi boją się, że nie będą mogli mówić o krzywdach, jakich doznali ze strony Polaków w czasie wojny. Takie przypadki, niestety, miały naprawdę miejsce, a pogrom w Jedwabnem jest najsłynniejszym – ale nie jedynym – przykładem. Jednak czy mówienie o współodpowiedzialności Polski czy Polaków w mordowaniu Żydów jest w ogóle właściwe, a przy tym niezaprzeczalnie prawdziwe? Ta kwestia również wymaga dogłębnej analizy.

NSDAP-SM.jpgNSDAP-SM (dawniej Wolne Memy)

Jeżeli Holokaust ma być rozumiany tak, jak podaje większość słowników – czyli jako zagładę europejskich Żydów w wyniku działania zbrodniczego, państwowego systemu nazistowskich Niemiec w czasie II wojny światowej – to nie można obarczać Polski odpowiedzialnością za ten haniebny czyn. Legalny rząd RP, w tym jemu podległe podmioty, nigdy nie współpracował z III Rzeszą podczas wojny. Samo państwo podziemne karało śmiercią szmalcowników i kolaborantów, tępiąc wszelkie przejawy szkodliwego współdziałania z okupantem. Gdyby jednak ujmować Holokaust w szerszym znaczeniu – tj. włączyć pod to nie tylko fizyczną eksterminację, ale również prześladowania i grabieże Żydów (nawet jeszcze te sprzed wybuchu wojny), mające miejsce nie tylko z powodu polityki nazistowskiej i formalnych działań sojuszników III Rzeszy, ale antysemickich uprzedzeń w ogóle, dokonanych z hitlerowskiej inspiracji – to wtedy lista winnych skrzywdzenia Żydów byłaby znacznie dłuższa, obejmując również niektórych Polaków (ale nie jako państwo polskie, a prędzej jako wycinek narodu!).

I tutaj dochodzimy do kolejnego problemu. Czy jest dokładnie owy NARÓD POLSKI? Czy mieszkańcy Jedwabnego, którzy spalili żywcem swoich znienawidzonych sąsiadów, albo polskich wsi, którzy wydawali osoby wyznania mojżeszowego Niemcom, byli tylko obywatelami Polski? Czy może czuli się również Polakami? Nawet jeśli – to czy uważali, że ich działania splamią honor Polski? Pytań jest oczywiście więcej… Na przykład, czy stosunek liczby haniebnych czynów do tych heroicznych ma jakkolwiek znaczenie? (Jeżeli tak, to czy odpowiedzialność narodu niemieckiego za zbrodnie wojenne, w oparciu o przytoczony wcześniej przykład z opozycją antynazistowską, jest dzięki temu mniejsza bądź większa?). Albo: przy jakim odsetku niepoprawnych osób z danej zbiorowości możemy mówić o oskarżeniach wobec całej grupy? Skoro obwinianie wszystkich muzułmanów za terroryzm islamski, albo cały zbiór księży za problem pedofilii w Kościele, jest w zdroworozsądkowym dyskursie co najmniej niepożądane, to czy słowa o odpowiedzialności narodu polskiego w Holokauście nie powinny też być tępione?

Źródło: Jak Będzie w Akapie – Sekcja MemówOdpowiedź pewnego internauty na akcję #GermanDeathCamps, obnażająca jednocześnie hipokryzję niektórych narodowców.

Dlatego działania polskiego rządu wydają się być zrozumiałe – w końcu prawie nikt nie lubi, jeśli o jego narodzie rozpowiada się kłamstwa. A liczne wpadki z "polskimi obozami śmierci", obecnie dodatkowo podsycane umyślnym zachowaniem trolli internetowych, doprowadziły do symbolicznego – jak ja to nazywam – Holokaustu Historii (HH), czyli celowego przeinaczania faktów na masową skalę, w imię politycznej uszczypliwości. W ramach tego oryginalnego przejawu postprawdy obie strony – Żydzi, jak i Polacy – kierują się tylko swoimi emocjami, obrzucając błotem oponenta, w ślad za swoimi guru – niczym naziści ślepo zapatrzeni w Führera. W tym całym zamieszaniu mało kto potrafi podejść do sprawy naprawdę na spokojnie; a jak już pojawiają się racjonalne głosy trzeźwo myślących osób, to mało kto ich słucha.

Nowelizacja została już jednak podpisana przez Andrzeja Dudę. Prezydent swoją decyzję motywował tym, że „aby nas nie pomawiano – jako Państwa i jako Narodu”. Ustawodawcy w uzasadnieniu projektu pisali za to, że działają „w zakresie przeciwdziałania fałszowaniu polskiej historii”. W tym samym uzasadnieniu znalazły się słowa mówiące o tym, że nowelizacja jest zgodna nie tylko z Polską Konstytucją, ale i unijnymi przepisami. Pomimo tych (czczych) obietnic, nie oznacza to jednak, że nadchodząca ustawa nie jest bez skazy. Pierwszym zastrzeżeniem z mojej strony jest realność egzekwowalności owych przepisów, zwłaszcza w stosunku do obywateli obcych państw.

Drugą, a zarazem największą obawę budzi perspektywa ścigania za mówienie o "polskich obozach" w ramach dyskursów akademickich. Co prawda, art. 55a ust. 3 wyraźnie mówi, że działalność artystyczna i naukowa są wyłączone spoza obszaru działania ustawy, nie wliczając się do czynu zabronionego. Pozostaje jednak pytanie, co dokładnie jest działalnością artystyczną i naukową. Czy można postawić znak równości między dyskusją wśród historyków i politologów o stopniach naukowych a pracą dyplomową studenta lub programem popularnonaukowym w telewizji? Ponadto zadziwia fakt, dlaczego działalność dziennikarska nie została wliczona do wyjątków. O ile jeszcze rozumiem karanie za kłamstwo oświęcimskie rozpowszechniane w ramach informacyjnych, o tyle penalizacja za kontrowersyjne poglądy w publicystyce nie powinna mieć miejsca. Gatunki publicystyczne, a zwłaszcza felieton, nieraz ocierają się o warsztat artystyczny. Sztuka ma przede wszystkim wywoływać emocje u odbiorcy, nie pozostawiając go obojętnym; natomiast publicystyka ma charakter subiektywny i opiniotwórczy, w telewizji przybierając często formę debaty, podobnie jak na konferencji naukowej. W czym więc są gorsi publicyści od artystów i zawodowych wykładowców szkół wyższych?

Dlatego kontrowersyjny zapis tej ustawy wydaje się absurdalny – a także, co gorsza, jest pewnego rodzaju ewenementem na świecie. Wyobraźcie sobie, państwo, sytuację, w której rząd Stanów Zjednoczonych wysyła listy gończe za propagatorami tezy, że to George W. Bush odpowiada za zamachy z 11 września, albo że władze Federacji Rosyjskiej ścigają osoby wierzące w to, że katastrofa smoleńska była tak naprawdę zamachem zainicjowanym przez samego Putina. Opinie te – choć kontrowersyjne i mające nikłe, wręcz zerowe poparcie w dowodach – do dziś są przedmiotem wielu dyskusji wśród społeczności międzynarodowych. Nie tylko jako plotki u zwykłych, prostych ludzi, wierzących w teorie spiskowe, ale i także jako temat paneli dyskusyjnych wśród niektórych poważnych dziennikarzy oraz naukowców. Stawianie niewygodnych tez i hipotez – jeśli tylko spełnia kryteria naukowości, nie jest wynikiem emocjonalnych pobudek oraz nie ma na celu wyrządzenia szkód obcemu państwu – nie powinno być w ogóle karane. Również w przypadku, gdy chodzi o tak delikatny temat jak zbrodnie nazistowskie.

Wrażliwość Polaków na słowa o "polskich obozach" dostrzegł już blisko dziesięć lat temu najsłynniejszy troll internetowy pochodzący z Europy Środkowej, Testoviron.

Delikatności jednak nie zachowali obecnie funkcjonujący politycy. Polski rząd, który działał w interesie własnego kraju i chciał naprawdę dobrze, uznał, że cel uświęca środki. Izraelscy oficjele i komentatorzy za to rzucili się na Polskę, niekiedy nie oszczędzając słów. W końcu doszło do tego, że "ostateczne rozwiązanie kwestii kłamstwa oświęcimskiego" obróciło się przeciwko Polsce, ukazując idealny przykład efektu bumerangowego. Mam jednak nadzieję, że niniejsza afera czegoś nauczy wszystkie strony tego konfliktu. Czego konkretnie? Umiejętności jasnego, precyzyjnego definiowania różnych pojęć oraz życia dalekiego od szkodliwej postprawdy, opartej głównie na osobistych uczuciach i emocjach. Oby ten holokaust historii nie doprowadził do tego, że za X lat ludzie – zwłaszcza ci żyjący w Polsce – będą nieironicznie pytać: „Dziadku, to w końcu co z tym Auschwitz? Był polski czy niemiecki?”.

(Głosy: )

Zobacz także:

Mam problem z tęczą

Homopropaganda? Gender lobby? Zakamuflowana opcja gejowska? Oddajcie sprawiedliwość i Żydom, zanim wielka moc Izraela sama się o…