Witaj na oficjalnej stronie Przemysława Bednarskiego!

Projekt graficzny banerów: Roland Dominik

Najpopularniejsze wpisy:

Uzupełnienie komentarza nt. nowelizacji polskiego sądownictwa

Sprawa reformy sądownictwa przez Prawo i Sprawiedliwość nadal budzi wiele emocji. I choć rozmowa z Bartkiem przebiegła spokojnie…

Przymierzamy KALESONY SOKRATESA – recenzja książki

Kuba miał wiele marzeń. Jednym z nich było napisanie i wydanie książki. Udało się. I wiecie co? Było fajnie! Ale mogło być lepie…

Ten blog będzie o…

Na samym początku chciałem Ci pogratulować.

Hitler był lewakiem, a Bednarski prawakiem!

Dżentelmen, artysta o wielkim sercu, kochający zwierzęta oraz unikający alkoholu i papierosów. Adi – wypisz, wymaluj: prawilny c…

„Kryształowe moralnie postaci – ja za taką osobę się nie poczuwam” – wywiad z Marcinem Garbowskim

Wczorajsza przegrana Le Pen zaburzyła popularność skrajnej i eurosceptycznej prawicy w Europie. W Polsce natomiast już od dawna …

Najnowszy podcast:

Ostatnie wpisy:

Gwałt i spuścizna Spacey'ego

napisany przez Bednarski w listopada 14, 2017

”Kevin S. gwałcił duże dzieci” – podobne hasła można przeczytać w mediach od miesiąca. Jak się okazuje, nie tylko słynny aktor ma swoje za uszami, bo i Ridley Scott dokonał gwałtu. Na kulturze.


Wszystko zaczęło się 4 października, kiedy The New York Times oraz The New Yorker opublikowały artykuł, w którym kilkanaście kobiet oskarżało producenta filmowego Harveya Weinsteina o molestowanie. Doniesienie to wywołało lawinę, która do dziś sieje spustoszenie w Hollywood – z dnia na dzień coraz więcej grzechów osób ze świata filmowego było ujawnianych. Oberwało się także Kevinowi Spacey'emu, oskarżonemu przez Anthony'ego Rappa, aktora i działacza LGBT, który to miał być ofiarą gorszącego zachowania pijanego Spacey'ego w 1986 (Rapp miał wtedy zaledwie 14 lat, a K.S. dwadzieścia sześć).

Nieciekawą sytuację gwiazdy House of Cards miałem już okazję komentować na Twitterze, dlatego teraz o tym krótko. Reakcja amerykańskiego aktora wydaje się groteskowa: z jednej strony niby przeprosił, ale z drugiej strony nie mógł sobie przypomnieć całego wydarzenia, zwalając winę na alkohol. Do tego dochodzi wyjawienie biseksualnej natury (choć w oświadczeniu gwiazdor zdradza, że odtąd zamierza żyć jako gej) – jakby Spacey tym coming outem chciał niejako zmazać dawną winę, jednocześnie podkreślając swoją dumę z powodu odmiennej orientacji.

I nie kwestionuję tutaj słuszności odpowiedzi odtwórcy roli Underwooda – bowiem Spacey, pomimo niemoralnego czynu, jakiego dokonał, posiada pełne prawo do obrony. (Tak więc słowa o słabej pamięci oraz biseksualizmie mogą być całkiem szczere). Mnie bardziej za to niepokoi reakcja włodarzy z przemysłu filmowego na całą akcję "Me too". Jedną z ofiar ostatnich decyzji jest oczywiście sam Kevin Spacey, któremu Netflix podziękował za współpracę. Szósty sezon ich flagowej produkcji stoi pod znakiem zapytania… co jestem jeszcze w stanie zrozumieć. Nie znam szczegółów umowy aktora z twórcami House of Cards, a amerykańska wypożyczalnia – która jest w zasadzie jedynym ojcem sukcesu serialu o kontrowersyjnym polityku – nie mogła sobie pozwolić na wizerunkowy strzał w stopę, zwłaszcza w okresie niegasnącej popularności.

Źródło: Netflix @FacebookPolityk konkretny, lecz niebezpieczny. Kto by się spodziewał, że w życiu prywatnym aktor też ma swoje za uszami?

Nie jestem w stanie za to pojąć tego, co wydarzyło się wokół nadchodzącego filmu pt. Wszystkie Pieniądze Świata. Jego reżyser, Ridley Scott, oraz producent TriStar/SONY Pictures zadecydowali o usunięciu scen z Kevinem Spacey i zastąpieniu go innym aktorem! – odtąd w rolę skąpego miliardera J. Paula Getty'ego ma się wcielić Christopher Plummer. Decyzja zatrważająca, bowiem do planowanej premiery światowej został około miesiąc! A przecież ostatnie 3-5 tygodni przed debiutem w kinach/telewizji to czas, w którym filmy są właściwie na ukończeniu, wliczając w to postprodukcję.

Sytuacja z wymazaniem Spacey'ego przypomina mi trochę akty demolowania starych pomników (i tym podobnych rzeczy) w wyniku politycznych przewrotów. Dziki, rozwścieczony tłum, pod wpływem emocji, niszczy wszystko, co staje mu na drodze i w jakikolwiek sposób kojarzy się z poprzednim reżimem, nie potrafiąc uszanować dzieł kultury. Oczywiście można się spierać, czy prace socrealizmu lub Alberta Speera można uznać za sztukę. (Gdyby jednak sztukę definiować za wszelki celowy wytwór człowieka, mający za zadanie wzbudzać w drugiej osobie jakiekolwiek emocje i skłaniać do refleksji – to można by podpiąć pod to właśnie prace komunistycznych czy nazistowskich artystów). Niemniej, nie pochwalam bezmyślnego wandalizmu. Możecie ukrywać, przenosić niewygodne wam prace – tylko proszę, nie niszczcie ich ani nie modyfikujcie. Nie ma nic gorszego w historii państw i narodów, niż cenzurowanie własnej, niewygodnej przeszłości. Ludzie z Hollywood ze Scottem na czele właśnie zachowują się jak te wschodnioeuropejskie bandy demolujące rzeźby lub Francuzi, którzy dopiero po dziesięciu latach ocknęli się, że krzyż z pomnika JP2 kłóci się z laickością ich państwa. Z tą różnicą, że producenci filmowi zaczęli działać z cenzorskimi nożyczkami jeszcze przed osłonięciem swojego dzieła. I może ciut subtelniej.

Źródło: Sony Pictures @MovieTickets.comA tak wygląda postać starego Getty'ego, jeszcze we wcieleniu Spacey'ego. Producenci zdążyli już usunąć część materiałów w internecie z pierwotnej wersji filmu.

Najwidoczniej ludzie nie są jeszcze gotowi, by oddzielać pracę artysty bądź polityka od jego życia prywatnego. I zjawisko z Kevinem Spacey jest kuriozalne, bo przecież w kinie mamy trochę artystów, którzy nie grzeszyli świętością. Daleko nie trzeba szukać – nasz Roman Polański, pomimo grożącego mu aresztu od czterdziestu lat, nie może narzekać na brak pracy przy filmach. Czy w takim razie należy wybaczyć 58-letniemu aktorowi? Nie mówię, że koniecznie tak, bo powinien odpowiadać za swoje czyny; ale wieszanie na nim psów jest grubą przesadą. Nie chcę tutaj bronić Kevina – bo nie leży to w moich kompetencjach, a werdykt pozostawiam sądom – ale zabieg w postaci cenzurowania filmu czy prawdopodobnej dyskwalifikacji w drodze po najbliższego Oscara jest bezczelnym zachowaniem oraz gwałtem na kulturze. I nie ma to żadnego związku z zadośćuczynieniem i sprawiedliwością wobec ofiar molestowań.

Pomimo kontrowersyjnych zabiegów wobec artystycznej przyszłości byłego pupilka Netfliksu, cieszę się z październikowej akcji #MeToo. Po pierwsze, osoby poszkodowane będą mieć teraz większą odwagę opowiedzieć o swoich problemach. Po drugie, część ludzi zorientuje się, że Hollywood w blasku fleszy i na pierwszych stronach gazet może jest atrakcyjny, ale pracują tam zwykli ludzie, którzy też mają swoje wewnętrzne słabości/demony (niepotrzebne skreślić). I po trzecie, uświadomi to niektórych krzykaczy, m.in. zagorzałych antyklerykałów, że problem pedofilii i molestowania dotyka zdecydowanie więcej grup niż jedną, dwie. A że Spacey ma zniszczoną karierę? Cóż, przykład Polańskiego i jemu podobnych pokazuje, że czas leczy rany (i wzmaga demencję). A więc, kto wie, może za kilkanaście, kilkadziesiąt lat otrzymamy oryginalną wersję "All the Money in the World", z opluwanym obecnie przez kolegów po fachu aktorem?

KevinSpacey_HoC.pngNetflix

(Głosy: )

Zobacz także:

Gwałt i spuścizna Spacey'ego

”Kevin S. gwałcił duże dzieci” – podobne hasła można przeczytać w mediach od miesiąca. Jak się okazuje, nie tylko słynny aktor m…

Mam horom madke

napisany przez Bednarski w listopada 7, 2017

Szkoła nauczyła mnie tylko jednego. ”Umiesz liczyć? Licz na siebie! – twoje szczęście innych jebie”. Nazywam się Pszemeg i nigdy nie dostałem przyborów szkolnych od państwa.


Dwa tygodnie temu w polskich mediach pisano o matce jednej uczennicy, która to – matka, oczywiście – w proteście odmówiła polecenia nauczyciela i pochwaliła się swą obywatelską postawą na grupie "Nasze dzieci nie chodzą na religię" (aż mnie kusi, by skwitować to dosadnym: ”iksde”). A poszło o klej, o który poprosiła nauczycielka dzieci w swojej klasie.

Pani Mama (tak będę nazywał główną bohaterkę tegoż wpisu) oburzyła się, wklejając (!) do zeszytu córki karteczkę ze stosowną informacją, iż „m.st. Warszawa w roku 2016 wydało 6 000 000 PLN na religijna imprezę jednego wybranego przez siebie związku wyznaniowego w innym mieście. Skoro samorząd warszawski ma pieniędzy na ŚDM w Krakowie, wierze w to, że znajdzie też parę złotych na zakup kleju w sztyfcie dla Małej Warszawianki (…)” (pisownia oryginalna). Na pouczeniu nauczycielki przez matkę (rozumiecie ten absurd?) się nie skończyło, bo rodzic nie omieszkał poinformować o całej sytuacji Ministerstwa Edukacji Narodowej. Katarzyna Koszewska w imieniu MEN poparła oburzoną warszawiankę, powołując się na art. 10 ust. 1 Ustawy z dn. 14 grudnia 2016 r. – Prawo Oświatowe. Tyle, że… co z tego?

fb_mama_klej.jpgA oto komunikat od matki "Małej Warszawianki".

I znowu mnie kusi, by napisać "XD", kończąc mój wywód, ale nie chciałbym robić konkurencji Pani Mamie w konkursie na… (sami sobie dopowiedzcie, na co). Gdy ja chodziłem do szkoły [podstawowej] – a było to piętnaście lat temu – szkoła nie finansowała mi niczego. Na plecak, podręczniki, zeszyty i zawartość piórnika łożyli moi rodzice. Miałbym też wątpliwości co do tego, czy klej biurowy można uznać za środek dydaktyczny. A nawet gdyby interpretować przepisy na korzyść oburzonej matki, to cała afera jest przesadzona. Rozumiem walkę Pani Mamy o sprawiedliwość oraz działanie państwowej placówki zgodnie z prawem, ale plucie się o klej w sztyfcie, który kosztuje kilka złotych, jest już absurdem. Wierzę w to, że Pani Mama znajdzie parę złotych na zakup kleju dla małego dziecka.

Argument o dofinansowaniu ostatnich Światowych Dni Młodzieży przez Warszawę też nie jest najlepiej dobrany. Sześć milionów, o których pisze rodzic dziewczynki, to kropla w morzu wydatków, bowiem cały koszt wydarzenia mógł wynieść nawet blisko 450 mln zł. Ej, no bo… Eh, słuchajcie… Ej, Pani Mamo, a wie pani, że część tego, co zarobimy, nasz kochany rząd co tydzień/miesiąc przeznacza na pierdyliard spraw (i to często na takie, które mamy w dupie)? I tak jesteśmy dymani od dziesiątek, setek lat! A jeśli Pani Mama ma problem z tym, że samorządy w głównej mierze finansowały przyjazd papieża Franciszka do Polski o charakterze świecko-religijnym, to mi w takim wypadku przeszkadza dominacja państwowych przedszkoli, szkół i uczelni wyższych.

BO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZĘ, ABY Z MOICH PIENIĘDZY OPŁACAĆ NAUKĘ GÓWNIAKÓW W SZKOŁACH!!

Odkładając już na bok to szyderstwo, to problem tego, na co są przeznaczane nasze podatki, nie jest wcale największy. Gorsza jest postawa przywołanej przeze mnie do tablicy (he he) matki (ale mi się żart udał!) i innych rodziców popierających jej reakcję/działających w ten sam sposób. Chodzi o ryzyko, że tak wychowywane młode osoby mogą w przyszłości kierować się w życiu roszczeniową postawą. O podobnym problemie, jakim jest wygodnictwo i parcie na sukces ilościowy (cokolwiek to znaczy), pisał zresztą ostatnio Piotr C. Rodzice, zachowujący się jak Pani Mama, uczą w ten sposób (często nieświadomie) swoje dzieci, że im się wszystko należy.

OTÓŻ NIE – NIC CI SIĘ NIE NALEŻY OD ŻYCIA, KIMKOLWIEK BYŚ NIE BYŁ!

I nie chodzi mi o to, żeby nagle wprowadzić skrajną anarchię, pozbawiając pomocy potrzebującym czy szacunku dla starszych osób lub kobiet ciężarnych. Po prostu obawiam się, czy podawanie dziecku wszystkiego na tacy nie przyniesie niepożądanych skutków w dalekiej przyszłości. Jak słusznie zwraca uwagę autor Pokolenia Ikea (z którym nie zawsze się zgadzam): „są ludzie, którzy dostali za dużo. Którzy nigdy nie musieli walczyć, za to cały czas słyszeli, że mogą wszystko i są skazani na sukces. Którym rodzice nosili tornistry, bo były ciężkie. Którzy próbowali wszystkiego, a nie umieją nic”. Bo prawdziwy sukces – i jeszcze prawdziwsza satysfakcja z tego sukcesu – bierze się z realnego działania, a nie wiary w to, że się wszystko dostanie. Zaczyna się od zwykłego kleju, a potem… Strach pomyśleć!

gang_świeżaków_large.jpgPodobna roszczeniowa postawa pojawiła się przy biedronkowej akcji z tzw. Gangiem Świeżaków, gdzie nie brakowało błagających o pluszaki matek, które powoływały się na "hore curki". Co prawda, większość z tych sytuacji to były zwykłe żarty w internecie, ale część z nich miała naprawdę miejsce.

Niestety tendencje do takich działań jak centralizacja państwa czy silny program socjalny, jakim jest w Polsce 500+, uczą prostych obywateli lenistwa, cwaniactwa oraz szkodliwej nadopiekuńczości dla dzieci. A takie szczytne inicjatywy jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy czy portal Siepomaga.pl – mimo że głośne medialnie – zdają się przegrywać z ugrupowaniami politycznymi odnośnie tego, czy "kapitan państwo" może mieć monopol na zagwarantowanie bezpieczeństwa i stabilności. Owsiak i inni jemu podobni, nieważne jak bardzo próbujący udowodnić, że działanie pojedynczego lub grupy obywateli może zdziałać cuda, są na straconej pozycji, a to z prostego powodu. Nie są stricte politykami, a polityka właśnie opiera się na walce o zdobycie i utrzymanie władzy. Z tego powodu w systemach demokratycznych politycy zawsze będą, w mniejszym lub większym stopniu, obiecywać złote góry obywatelom. Dlatego Pani Mama, walcząc ze szkołą o głupi klej dla córki, tak naprawdę poparła reżim, który liczy na naiwność prostych i wygodnych obywateli.

(Głosy: )

Zobacz także:

Wyzbyłem się tej choroby

Chcę zdychać powoli, chcę czuć, że mnie to wszystko boli. Chcę zdychać w takich męczarniach, że nawet morfina nie będzie mi w st…

Filmy za PRL-u wcale nie były lepsze

napisany przez Bednarski w października 28, 2017

Karolak, Szyc, Adamczak. Tak prezentuje się lista znienawidzonych aktorów przez Janusza – konesera polskiego kina. Podczas seansu z Bareją, Chęcińskim, Różewiczem czy Konwickim, lubi mruczeć pod nosem: „Kiedyś to było!”.


Na świecie nie brakuje malkontentów. Również tych, którzy są uprzedzeni do współczesnego kina polskiego. Takie osoby, ślepo zapatrzone w filmy z czasów komuny, a nawet przedwojennych, nie potrafią dostrzec, że i kiedyś nie brakowało gniotów. Klątwa Doliny Węży jest najchętniej wymieniana jako niechlubny przykład peerelowskiego kina. Do mojego gustu za to nie przypadły takie filmy jak Granica, Operacja Himmler czy ekranizacje książek z Panem Samochodzikiem. ”Wyjątek potwierdzający regułę”, zapewne odpowiedzą fanatycy dawnych produkcji. Czy ich uparte zdanie wynika tylko z pewnej nostalgii oraz autonomicznego koloryzowania przeszłości?

Oczywiście, że nie. Ludzie uczuleni na współczesne polskie filmy często zapominają o warunkach, które kiedyś panowały w przemyśle filmowym (i nie tylko). Wzrost liczby produkowanych filmów z dekady na dekadę na świecie, w tym również w Polsce, powoduje, że występuje większe ryzyko powstania marnego obrazu kinowego. Ponadto siła Internetu oraz rozwój sieci społecznościowych sprawiają, że o takich filmach jak Wiedźmin, Gulczas, a Jak Myślisz?, Kac Wawa czy Smoleńsk jest bardzo głośno i nie da się tak szybko o nich zapomnieć. Peerelowskie produkcje miały to szczęście, że tytuły znacznie odbiegające od innych dzieł słabiej przebijały się do świadomości przeciętnego widza.

Źródło: Studio Filmowe KADRRoman Wilhelmi jako kompan polskiego Indiany Jonesa. Film Marka Piestraka jakoś nie zachwiał pozycji Lucasa i Spielberga.

A co z dawnymi majstersztykami polskiej szkoły filmowej? Czy wybitność ponadczasowych produkcji wynikała z talentu ówczesnych reżyserów? Prawda może okazać się dla niektórych brutalna, ale geniusz  nierzadko był efektem panujących wtedy warunków, a nie tylko ponadprzeciętnych umiejętności twórców. Monopol państwa na finansowanie produkcji, niedobory taśmy filmowej, obowiązkowe komisje kwalifikujące scenariusz oraz kontrole cenzorskie sprawiały, że filmowcy byli zmuszeni – zarówno przy filmach fabularnych, jak i dokumentalnych – do stosowania pewnego rodzaju minimalizmu, a jednocześnie większej perfekcji oraz kładzenia większego nacisku na wartości merytoryczne. Dzisiejsi reżyserzy i scenarzyści, co prawda, mogą cieszyć się zdecydowanie większą wolnością, jednakże brak dawnych ograniczeń zniechęca niektórych do subtelnych eksperymentów, kierując się bardziej celami komercyjnymi, niźli artystycznymi. Dzisiejszym twórcom filmowym nie pomagają także problemy ze zdobyciem rozsądnego budżetu oraz goniące terminy.

Co jeszcze ciekawsze, omawiane marudzenie to nie tylko domena ludzi starej daty, ale także tych młodszych, urodzonych w latach 90. Doskonale to widać na przykładzie peerelowskich komedii, które są bardziej cenione niż te współczesne. Młode osoby, chętnie cytujące dialogi z Misia lub Rejsu, mogą nie rozumieć ukrytego sensu, dostrzegając tylko absurd ukazany na wierzchu. Ponadto w świadomości niektórych młodszych odbiorców takie lubiane filmy jak Ucieczka z Kina Wolność, Kroll, Psy czy Trzy Kolory: Biały mogą być mocno kojarzone jeszcze z PRL-em – a przecież powstawały już po upadku komunizmu.

Źródło: Syrena FilmsOd jakiegoś czasu trwa moda na banalne komedie, nie tylko romantyczne. Większość z nich nie jest arcydziełami. Ale przecież to tylko wycinek polskiej kinematografii.

Tak więc obecna kondycja polskiego kina wcale nie jest taka zła, jak mówi część krytykantów. Dowodzą tego filmy takie jak W Ciemności, Bogowie, Jestem Mordercą, Ostatnia Rodzina – oraz Ida, która jako pierwszy tytuł znad Wisły zdobył Oskara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny (mimo że za czasów zimnej wojny znacznie więcej polskich produkcji było nominowanych do tej nagrody).

Bezkrytyczni wielbiciele PRL-u powinni mieć na uwadze również to, że najnowsze wpadki w polskim kinie i telewizji nie zawsze wynikają z winy obecnych reżyserów, scenarzystów i aktorów. Bo przecież o teatrze dużo złego się nie słyszy. Doszło więc do spłycenia polskiego kina? A może to my i nasze preferencje się zmieniły, a filmowcy po prostu się zaadoptowali do obecnych trendów? Jeśli ludzie chcą przychodzić do kin na Pitbulla lub Listy do M – to dlaczego mają nie powstawać takie filmy?

(Głosy: )

Zobacz także:

Filmy za PRL-u wcale nie były lepsze

Karolak, Szyc, Adamczak. Tak prezentuje się lista znienawidzonych aktorów przez Janusza – konesera polskiego kina. Podczas seans…