Witaj na oficjalnej stronie Przemysława Bednarskiego!

Projekt graficzny banerów: Roland Dominik

Nie przegap:

Najpopularniejsze wpisy:

Kozacki wywiad

„Nigdy media nie wypromują muzyki, nad którą trzeba się zastanowić – bo inaczej się nie sprzeda. Jeśli ktoś się sugeruje, że med…

KRÓLOWIE ŻYCIA – niebo i stereo raj, czy może skamieniałe zło? Recenzja książki

„Czy to już znasz, kochanie? Czy nie wiesz, jak to jest? Czy wierzysz im bez granic, czy zechcesz wierzyć mnie?” – zaczęli ostat…

Gdy wzywa obowiązek

30 kwietnia 1945 roku. Kiedy Reznov pierwszy raz mówił o Dmitriju, wspomniał o bohaterze, którego winniśmy wszyscy naśladować. C…

Demokracja a społeczeństwo. Myśl Alexisa de Tocqueville'a

Pod koniec XVIII wieku w kilku państwach miał miejsce proces przechodzenia z ustroju arystokratycznego do demokratycznego. Jedny…

Obrona

Obrona na 3.

Najnowszy podcast:

Najnowszy artykuł dla zewnętrznych stron:

Ostatnie wpisy:

Już wkrótce po sesji – a może dopiero we wrześniu czy za rok – czeka cię obrona pracy licencjackiej lub magisterskiej, a twój promotor nadal ci nie daje spokoju, bo gubisz się przy tworzeniu przypisów?


Nic dziwnego, zwłaszcza gdy to pierwsza praca dyplomowa w twoim życiu – odsyłacze w tekście mogą naprawdę sprawić nie lada kłopot. Na szczęście da się do nich przyzwyczaić i je ujarzmić – a ja ci w tym pomogę. Witaj w elementarnym poradniku tworzenia przypisów!

CO TO JEST?

Na sam początek kilka informacji czysto teoretycznych. Przypisy mają szersze zastosowanie niż bibliografia. To drugie, jak sama nazwa wskazuje, stanowi wyłącznie spis – zazwyczaj alfabetyczny – wykorzystanych książek i innych źródeł, nie tylko drukowanych. Przypis natomiast nie musi od razu wskazywać jakiegoś źródła informacji – równie dobrze może posłużyć za poszerzony komentarz, uwagę autora [pracy]. Dla niektórych może stanowić to pewien problem – część studentów boi się, że wpadnie w pułapkę szerokiego wachlarza użyteczności omawianych adnotacji, pomijając je lub stosując za dużo.

Na szczęście, z drugiej strony, sama budowa przypisów jako tako jest uniwersalna. W przeciwieństwie do bibliografii, u której mogą występować pewne drobne rozbieżności w zależności od publikacji – różni promotorzy, wydziały/uczelnie oraz wydawnictwa stosują ciut inne zapisy całościowego spisu źródeł. Ja jednak bibliografii poświęcę już inny wpis.

KIEDY I DLACZEGO?

Wróćmy jednak do przypisów. Pierwsze pytanie, na jakie musimy odpowiedzieć, to ”kiedy stawiamy przypisy w tekście?”. A stosujemy je, gdy:

  • podajemy niepewną informację na podstawie jakiegoś źródła
  • cytujemy wypowiedź
  • podajemy konkretne dane liczbowe
  • rozszerzamy daną informację lub uzupełniamy naszą wypowiedź
  • wprowadzamy naszą uwagę, komentarz do pewnej kwestii
  • prowadzimy polemikę z innym autorem
  • przytaczamy słowniki, dokumenty, stenogramy itp.
  • wskazujemy źródło w postaci graficznej, audiowizualnej itp.

Jak widać, przypis nie musi być tylko suchym wskazaniem fragmentu książki, którą przeczytaliśmy – równie dobrze może posłużyć za zaprezentowanie ciekawostki czy porównanie dwu lub więcej różnych stanowisk w konkretnej sprawie. Pamiętajmy też, że każde źródło, które zostało odnotowane w przypisie, musi również znaleźć się w bibliografii na końcu – gdyż jest to szerszy zbiór, punktujący również te książki, których lektura ogólnie pomogła przy pisaniu pracy (tak więc naturalną sytuacją jest, kiedy nie wszystkie pozycje z bibliografii znalazły się w przypisach do głównego tekstu).

praca-magisterska-Testoviron-cenzura.pngTestoviron.pl @Facebook (oryginał bez cenzury dostępny był pod tym adresem)

Przy okazji powinienem wyjaśnić, o co chodzi z tą „niepewną informacją” w pierwszym podpunkcie – już w oryginale powinienem włożyć to w cudzysłów, bo nie należy odczytywać tego tak dosłownie… Więc o co chodzi? Wskazanie źródła powinno się znaleźć nie tylko przy informacji, która jest świeża lub budzi wątpliwości w środowisku naukowym, ale również przy takiej, którą niekoniecznie każdy zna – niezależnie, czy mowa o zwykłych ludziach, czy naukowcach i ekspertach. Dla przykładu, jeśli piszemy, że generalnie II wojna światowa miała miejsce w latach 1939-1945, to tutaj nie wstawiamy przypisu źródłowego – bo jest to fakt powszechnie znany. Natomiast już przy podaniu konkretnych dat, wskazujących miesiąc i dzień, wybuchu i/lub zakończenia II wojny [światowej] należałoby się powołać na jakieś źródło – bo, wbrew pozorom, nie jest to takie oczywiste, jak by się mogło wydawać.

JAKĄ MA BUDOWĘ I JAK TO ZASTOSOWAĆ W PRAKTYCE?

Przejdźmy teraz do najistotniejszej kwestii – jak właściwie konstruujemy przypis? A można to zrobić na… wiele sposobów. Serio! W [zachodniej] literaturze można spotkać takie systemy przypisów i bibliografii jak vancouverowski, chicagowski i harvardzki – a te dzielą się na jeszcze inne (zwłaszcza w ostatnim przypadku, u którego można rozróżnić style APA, MLA czy Turabian). I choć może to się kłócić z tym, co napisałem kilka akapitów wyżej, tak naprawdę nie skłamałem, mówiąc o pewnej uniwersalności – bo w Polsce, na szczęście, przyjęły się tylko dwa systemy: harvardzki i tzw. klasyczny. Ten pierwszy charakteryzuje się stawianiem przypisu w nawiasach, w samym tekście głównym, o budowie "autor-data" i jest "zarezerwowany" raczej dla doktorów habilitowanych i profesorów zwyczajnych. Drugi natomiast system jest stosowany w każdej pracy o charakterze naukowym (tj. licencjackiej, inżynierskiej, magisterskiej) oraz sporej części artykułów naukowych i prac doktorskich. I na tym systemie właśnie się skupimy.

A jak przedstawia się układ i rozmieszczenie takich przypisów? Znajdują się one na dole strony, oddzielone od głównego tekstu linią, i są poukładane w kolejności chronologicznej, ponumerowane w ciągły sposób w obrębie całej pracy, czyli od początku do końca (choć zdarza się, że numeracja jest "zerowana" wraz z każdym kolejnym rozdziałem – ale to jest rzadkość). Odsyłacz w postaci cyfrowej musi być napisany w tzw. indeksie górnym* i zawsze musi być postawiony przed znakiem interpunkcyjnym! Tak więc gdy odsyłacz znajduje się na końcu zdania, wstawiamy go przed kropką (w wyjątkowych sytuacjach stawia się go po kropce, ale tylko wtedy, gdy kropka nie tylko kończy zdania, ale i stanowi część danego skrótu – np. "m.in.", "br.", "lata 70." itd.).

Jeśli chodzi o formatowanie samych przypisów, powinny być one wyjustowane, rozmiaru 10 pkt. i napisane tą samą czcionką, co główny tekst (zwyczajowo Times New Romanem). Jeśli chodzi o kwestię wcięcia [pierwszego wiersza], odstępu i interlinii, to tutaj nie podam uniwersalnej receptury – zasady te mogą się różnić między poszczególnymi uczelniami (jeśli jednak o tak szczegółowych normach formatowania przypisów nie jesteś w stanie się dowiedzieć ani z wytycznych instytutu/wydziału, ani od twojego promotora, najlepiej będzie posłużyć się tymi samymi zasadami, które masz stosować do tekstu właściwego). Oraz, co najważniejsze: trzymaj się utartego schematu przez całą pracę. Mowa tu nie tylko o technicznym formacie tekstu, ale i konstrukcji pojedynczych przypisów – co już będzie tematem następnego wpisu.

Już wkrótce, na tym samym blogu, dowiesz się, jak wyglądają wzory konkretnych przypisów oraz ich przykłady w praktyce (gdy tylko pojawi się odpowiedni wpis, zamieszczę tutaj informację). W oczekiwaniu na drugą część poradnika, możesz rzucić okiem, jak to wszystko wygląda w moich pracach dyplomowych. Mogę także sprawdzić za Ciebie, czy przypisy są prawidłowo napisane i poukładane w Twojej pracy licencjackiej lub magisterskiej – więcej szczegółów na temat konsultacji znajdziesz tutaj.


*Niemal każdy porządny edytor tekstu oferuje opcję automatycznego tworzenia przypisów. W takim Wordzie Microsoftu wystarczy wcisnąć kombinację dwóch klawiszy: Alt + J – wtedy pojawia się gotowy odsyłacz (już w indeksie górnym) oraz przywiązany do niego tym samym numerem przypis, znajdujący się już pod poziomą linią na dole strony.

 

(Głosy: )

Zobacz także:

Chciałem podziękować PiS-owi

Czy od dawna marzyłeś o działalności gospodarczej i zawsze chciałeś założyć firmę – niekoniecznie będąc w roli "Janusza biznesu"…

Chciałem podziękować PiS-owi

napisany przez Bednarski w maja 30, 2018

Czy od dawna marzyłeś o działalności gospodarczej i zawsze chciałeś założyć firmę – niekoniecznie będąc w roli "Janusza biznesu" – lecz przerażała cię biurokracja? To teraz będzie tylko jeszcze… lepiej!

Rządom Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego można wiele zarzucać. Kosztowny program 500+, kontrowersyjna reforma sądownictwa czy ostatnie "starcie" na linii rząd-niepełnosprawniI, jeśli śledzicie mojego bloga, wiecie doskonale, że ja sam byłem często sceptycznie nastawiony do tego, co odprawiała partia Kaczyńskiego w ostatnich trzech latach. Jednak – kalecząc znane powiedzenie – w każdej beczce dziegciu znajdzie się choć łyżka miodu. Pomimo socjalnej polityki PiS-u, obecnym rządzącym udało się przeforsować tzw. konstytucję biznesu. Z czym to się je?

Konstytucja Biznesu (KB) weszła w życie równy miesiąc temu, 30 kwietnia tego roku, i stanowi najważniejszy – choć nie pierwszy i nie ostatni – punkt w całym pakiecie reform o nazwie "100 zmian dla firm", powoli realizowanym od 2016 r. Kluczowymi zmianami na mocy KB są m.in. odformalizowanie języka w komunikacji między przedsiębiorcami a administracją czy ulga na start. Najciekawszym rozwiązaniem jest chyba jednak wprowadzenie tzw. działalności nierejestrowej. Na czym to, w wielkim skrócie, polega? Za działalność nierejestrową (nierejestrowaną) uznaje się zarobkową aktywność "na własny rachunek", bez konieczności rejestracji firmy i innych upierdliwych form papierkowej roboty – i to całkowicie legalnie!

Morawiecki_fot-Iwanczuk-Wojcik.jpgfot. Andrzej Iwanczuk i Robert Wójcik

Brzmi pięknie, prawda? Więc gdzie tkwi (główny) haczyk? Otóż przychód należny z tytułu tej działalności nie może przekroczyć 1050 (słownie: tysiąca pięćdziesięciu) złotych w żadnym miesiącu. Jest to więc "oferta" skierowana głównie do osób, które chcą dorobić po godzinach – np. studentów udzielających korepetycji – niż prawdziwych rekinów biznesu, którzy chcą zawojować świat. Niemniej opcja działalności nierejestrowej ma na celu zmniejszenie szarej strefy oraz pobudzenie sektora MSP (Małych i Średnich Przedsiębiorstw).

Tak się składa, że niedługo po wprowadzeniu Konstytucji Biznesu w życie otworzyłem profil na platformie Patronite. Część z Was pewnie zapyta, co to jest ten cały Patronite i jaki to ma związek z reformą prawa przedsiębiorców. Otóż rzeczony serwis to jedna z wielu platform, które umożliwiają internautom dobrowolne wsparcie pieniężne różnej maści autorów – konstruktorów, artystów czy sportowców. W przeciwieństwie jednak do większości stron crowdfundingowych, Patronite stawia na cykliczne, comiesięczne dofinansowywanie autorów – w zamian za drobne nagrody wręczane patronom – akcentując tym samym wspieranie całej działalności utalentowanych osób w ogóle, a nie konkretnych, pojedynczych projektów. (Natomiast zmiany idące za KB częściowo ułatwią autorom na Patronite rozliczanie się z fiskusem).

Jeżeli śledzisz moją działalność – czy to od ponad roku, czy dopiero od kilku dni – i widzisz w niej potencjał, możesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju mojej aktywności! Wystarczy, że założysz konto na Patronite i, wchodząc na mój profil, wybierzesz jeden z tzw. progów miesięcznych wpłat – najtańszy to już 4 (cztery) złote! (Listę dostępnych progów i nagród dla moich patronów oczywiście zamierzam w przyszłości poszerzyć). A co w przypadku, gdy chcesz sypnąć groszem, a nie masz (lub nie chcesz zakładać) profilu na Patronite? Możesz też wpłacić bezpośrednio, i to już dowolną, a nie odgórnie ustaloną kwotę, na moje konto PayPal – i nie musisz nigdzie się rejestrować, wystarczy zwykła karta kredytowa/debetowa! Wejdź tutaj, aby odnaleźć odnośnik do mojego PayPala oraz poznać inne, bardziej oszczędne dla Twojego portfela, formy wsparcia mojej działalności. :)

NSDAP-SM2_KacperZ.jpgNSDAP-SM2

Jeśli nie jesteś zdecydowany lub po prostu jeszcze dokładnie nie wiesz, czego możesz się spodziewać po zainwestowaniu w moją działalność, przejrzyj zakładkę "O Autorze" na moim profilu Patronite i/lub sprawdź moje szczegółowe portfolio. Jeżeli już zdecydujesz się na wsparcie za pośrednictwem Patronite – a będę dla Ciebie pierwszym autorem, którego wspomożesz w ramach tej platformy – zajrzyj na stronę objaśniającą, jak działa Patronite (a także jego FAQ). A jeśli natomiast zainteresowała Cię opcja działalności nierejestrowej, przeczytaj m.in. broszurę wydaną przez Ministerstwo Finansów nt. Konstytucji Biznesu z 30 kwietnia 2018.

To oczywiście nie koniec nowości z mojej strony. Już wkrótce poinformuję o moich kolejnych projektach. Jeśli chcesz być na bieżąco, śledź moje media społecznościowe, zwłaszcza fanpage na Facebooku, lajkując i włączając powiadomienia na stronie. Do usłyszenia!

(Głosy: )

Zobacz także:

Jak robić przypisy?, czyli przepis na poprawną pracę dyplomową, część 1 – wprowadzenie

Już wkrótce po sesji – a może dopiero we wrześniu czy za rok – czeka cię obrona pracy licencjackiej lub magisterskiej, a twój pr…

Wszystkie Dziewczyny Wertera – recenzja

napisany przez Bednarski w kwietnia 23, 2018

Jak myślicie, co najgorszego może się przydarzyć uczniowi pierwszej klasy liceum? Zagrożenie z matmy? Kłopoty z byłą? A może napakowani dresiarze? Odpowiedź może i wydaje się oczywista – ale po lekturze drugiej powieści 16-latka na pewno taka nie będzie.


Kuba Łaszkiewicz, młody pisarz z zachodniopomorskiego, wydał właśnie już drugą swoją książkę. Wszystkie Dziewczyny Wertera, podobnie jak w przypadku poprzedniej powieści autora, o nazwie Kalesony Sokratesa (którą również miałem przyjemność recenzować), to typowy przedstawiciel literatury młodzieżowej. Mamy więc perypetie nastolatków, którzy męczą się z lekcjami szkolnymi, po zajęciach przesiadując na fejsie i snapie, zdobywają pierwsze doświadczenia z płcią przeciwną, jak też próbują wkraczać w dorosłe życie, choćby spożywając alkohol – a wszystko to podlane lekkim sosem buntowniczości, a nawet pewnego rodzaju awanturniczości.

Podobieństw z poprzednią pozycją autora jest oczywiście więcej. Jak w "Kalesonach", tak i we "Wszystkich Dziewczynach" mamy do czynienia z pierwszoosobowym narratorem, często łamiącym czwartą ścianę, czy też wtrąceniami pod postacią cytatów z piosenek i filmów. Tytułowy "Werter" – czyli niejaki Tomek – również do złudzenia przypomina Maćka z poprzedniej książki: to sympatyczny (acz trochę nieśmiały) chłopak z sąsiedztwa, który jest fanem rocka, a małżeństwo jego rodziców chyli się ku upadkowi. No i ma talent do przyciągania kłopotów.

WSZYSTKIE-DZIEWCZYNY-WERTERA-01-1-724x1024.pngWydawnictwo WasPos

Z tego też powodu Tomek ma dużo do opowiedzenia, co stanowi dobry pomysł na udaną fabułę powieści, jak i… – paradoksalnie – największą jej dolegliwość. Autor chciał zawrzeć w książce jak najwięcej wątków i dialogów – tylko co z tego, skoro nie pozwala na dobre rozwinąć się historiom? Najwięcej takich przeskoków fabularnych można uświadczyć w pierwszym rozdziale: czytelnik, który już na dobre zostanie zaciekawiony opowieścią głównego bohatera, wielokrotnie będzie "przyhamowywany" gwiazdkami rozdzielającymi tekst. Ostatnie rozdziały również lekko zawodzą, nie tylko pod kątem konstrukcyjnym. Największy mój zarzut dotyczy jednak tytułowych dziewczyn: liczyłem na wyższy stopień zawirowania całej sytuacji, a przede wszystkim na większą liczbę nastolatek w życiu Tomka-Wertera – tych jednak jest, moim zdaniem, za mało. A szkoda, bo zawarta w powieści absurdalność, jaką odznaczają się niektóre poboczne sceny, tylko zachęca, aby podobny mętlik i (pozytywne) szaleństwo dotknęły również sfery uczuciowej protagonisty.

Żeby jednak nie wyjść na surowego recenzenta, muszę pochwalić autora za samo budowanie świata i postaci. Bohaterami są ludzie z krwi i kości, wobec których nie można pozostać obojętnym, i których losy są serwowane na dalszych kartach powieści z pewnym wyczuciem, dzięki czemu czytelnik zostaje przekupiony, jednocześnie bez odsłaniania wszystkich kart na samym początku. Ponadto Kuba poprawił się względem swego debiutu, jeśli chodzi o mnogość treści. W Kalesonach Sokratesa mieliśmy do czynienia z przygodami dotyczącymi m.in. randek, gry w zespole muzycznym czy problemów rodzinnych, przez co czytelnik nie do końca wiedział, o czym dokładnie jest tamta książka – Wszystkie Dziewczyny Wertera na szczęście tego problemu nie mają. Owszem, recenzowana książka nadal jest wielowątkowa, niemniej nie czuć tutaj, żeby centralna oś fabuły była zaniedbywana przez inne tematy czy zepchnięta na dalszy plan.

WszystkieDziewczynyWertera_banner.jpgWydawnictwo WasPos

Za to po mistrzowsku spisał się Kuba Łaszkiewicz, jeśli chodzi o esencję w tego typu powieściach – czyli humor. Wielokrotnie w czasie lektury miałem banana na twarzy i musiałem się powstrzymywać przed głośnym śmiechem w pociągu. (Tylko ze dwie scenki, dialogi były dla mnie nieśmieszne, czy wręcz – uznałbym, że po prostu – zbędne). Niektóre zabawne fragmenty zostały podkreślone przez rysunki Stanisława Falenty zawarte w książce – i choć nie są to ilustracje najwyższych lotów, to jednak te "bazgroły" idealnie oddają młodzieżowy styl i lekkość opowieści, a jednocześnie umilają lekturę. Ponadto autorowi książki należy się szacunek za, już po raz kolejny, liczne odwołania do popkultury – oprócz muzyki czy kina, znalazły się także odniesienia do komiksów oraz współczesnych memów [internetowych]!

Podsumowując, Wszystkie Dziewczyny Wertera nie są książką idealną, a już na pewno nie stanowią przełomu w polskiej literaturze. Fabuła momentami mogłaby być lepiej poprowadzona, zwieńczenie historii sprawniej domknięte, a otwartość narratora, który zwracał się do czytelnika bezpośrednio, czasami zaniechana. (Ponadto znalazłem trzy błędy, których korekta nie wyłapała przed drukiem). Powieść za to broni się ciekawą historią, zabawnymi scenami, intrygującymi i autentycznymi bohaterami oraz dosyć naturalnymi (i nieraz pikantnymi) dialogami. Jest to więc solidna pozycja z kategorii literatury młodzieżowej. Ale nawet jeśli masz więcej niż te 22-23 lata, to jest duża szansa, że znajdziesz coś dla siebie w tej książce – bowiem "Wszystkie Dziewczyny" potrafią zaskoczyć odbiorcę, a nawet skłonić go do pewnych przemyśleń na temat życia. Ja sam jestem ciekaw kontynuacji – bo ostatni akapit powieści daje do zrozumienia, że to nie koniec tej historii. A nawet gdyby  Jakub Łaszkiewicz nie planował spisania dalszych losów Tomka, to wcale bym się nie obraził – bo, kto wie, może autor pójdzie teraz w ciut ambitniejszy gatunek lub inne klimaty?


Serdeczne podziękowania dla Wydawnictwa WasPos za przesłanie egzemplarza do recenzji.

(Głosy: )

Zobacz także:

Przymierzamy KALESONY SOKRATESA – recenzja książki

Kuba miał wiele marzeń. Jednym z nich było napisanie i wydanie książki. Udało się. I wiecie co? Było fajnie! Ale mogło być lepie…