Witaj na oficjalnej stronie Przemysława Bednarskiego!

Projekt graficzny banerów: Roland Dominik

Najpopularniejsze wpisy:

„Kryształowe moralnie postaci – ja za taką osobę się nie poczuwam” – wywiad z Marcinem Garbowskim

Wczorajsza przegrana Le Pen zaburzyła popularność skrajnej i eurosceptycznej prawicy w Europie. W Polsce natomiast już od dawna …

Ja również przeżyłem efekt Mandeli

Doznałem wizji. „Nie ufaj we wszystko, co mówią. Politycy i naukowcy cię okłamują. Nie daj się zwieść pozorom – pochodzisz z inn…

Smutny Pepe płacze przez ciebie…

Z ostatniej chwili: Matt F. usiłował dokonać zabójstwa własnego dziecka! Czujni internauci jednak w porę uratowali biedne zwierz…

ko-CHAM kina

W pewnym momencie zaczęli być agresywni. Kiedy wychodziliśmy z sali, nikt z widowni słowem się nie odezwał, a ci dwaj kolesie śm…

20 groszy emerytki

Od soboty nie milkną głosy krytyki w sprawie Rafała Trzaskowskiego. Poseł PO zachował się, co prawda, jak bogacz z przypowieści …

Najnowszy podcast:

Najnowszy artykuł dla zewnętrznych stron:

Podobno Bright przyjął się średnio. I choć O Matador Netflix jest gatunkowo i stylistycznie całkiem innym filmem, to...

Opublikowany przez Przemysław Bednarski na 2 stycznia 2018

Ostatnie wpisy:

„Ma odwagę robić to, co chce i kiedy chce” – opisuje dojrzały mężczyzna główną bohaterkę jednego z przełomowych filmów w historii kina. Ocena trafna i wątpię, by ktoś się z tym nie zgodził po seansie. Podobne słowa można również zastosować w stosunku do Rogera Vadima – autora omawianego filmu. Miał on odwagę wcielić w życie pomysły, które zrewolucjonizowały sposób opowiadania historii w kinie. Ale jak to się dokładnie wszystko zaczęło?


II wojna światowa, choć tragiczna w swych skutkach, z drugiej strony dokonała pośrednio ogromnych zmian w różnych gałęziach życia, bez których byśmy sobie nie wyobrażali współczesnego świata. Jedną z rzeczy, które zostały dotknięte tragicznymi doświadczeniami z lat czterdziestych, była szeroko pojęta kultura oraz normy społeczne. Przez pierwsze kilka lat od zakończenia globalnego konfliktu, w większości społeczeństwa, zwłaszcza europejskiego i japońskiego, nadal tkwił silny szok oraz swego rodzaju marazm. To częściowo odcisnęło piętno na kulturze. Niektórzy nawet twierdzili, że po wojnie nastąpił upadek sztuki. Jednak młode pokolenie, chcące przeciwstawić się tej kulturalno-społecznej stagnacji, postanowiło "rozluźnić" nastroje odbiorców, jednocześnie buntując się przeciwko dawnym zasadom panującym w sztuce. Efektem tego były budowle postmodernistyczne, rodząca się rewolucja rock 'n' rollowa w połowie lat 50. czy odbicie konsumpcjonizmu w sztuce pop-artowej.

Podobne zmiany nie mogły nie dotknąć i kina. Jeden z pretekstów do kinematograficznej rewolucji miał charakter techniczny. O ile pod koniec lat 20. przełomem okazały się filmy dźwiękowe i kolorowe, o tyle po II wojnie światowej rozwój nastąpił w kwestii mobilności sprzętu. Mniejsze, lżejsze kamery pozwoliły na kręcenie bardziej dynamicznych scen, natomiast światłoczułe taśmy zwolniły twórców z konieczności filmowania w dobrze oświetlonych planach filmowych.

Zmiany te dostrzegł Roger Vadim – a właściwie Roger Plemiannikov, syn rosyjskiego emigranta i francuskiej pisarki. W roku 1950 rozpoczął przygodę z filmem, kiedy to został asystentem reżysera Marca Allégret. Vadim jednak marzył o rozpoczęciu samodzielnej kariery. Inspirację do stworzenia własnego filmu znalazł szybko, bo wkrótce po rozpoczęciu współpracy z 50-letnim reżyserem. Nie była nią jednak praca u boku mistrza, rozwój sprzętu filmowego czy dotychczasowe eksperymentowanie w kinematografii, jak na przykład neorealizm włoski. Otóż główną inspiracją okazała się… kobieta.

Była nią Brigitte Bardot, którą Vadim dostrzegł na okładce jednego z magazynów. Zaproponował jej rolę w jednym filmie Allégret, jednak ostatecznie nie doszło do zrealizowania tego planu. Mimo niepowodzenia, nadal utrzymywali ze sobą kontakt, aż wpadli sobie w oko, co poskutkowało ich ślubem w 1952 roku. Vadim nie poprzestał na swych planach, i już szykował się do wyprodukowania swojego pierwszego filmu, w którym główną rolę miała zagrać jego młoda żona.

Włosko-francuska produkcja, która kosztowała ledwo 300 000 dolarów amerykańskich (sic!), zawitała na ekrany kin jesienią 1956 roku. I Bóg Stworzył Kobietę – bo tak nosi wdzięczny tytuł ten film – zgromadził w obsadzie takie nazwiska jak Curd Jürgens czy Jean-Louis Trintignant. Fabuła filmu była skupiona wokół 18-letniej dziewczyny, o której względy ubiega się trzech mężczyzn, co z czasem doprowadza do poważnego konfliktu między nimi.

Co od razu przyciągnęło moją uwagę – i zapewne wielu ówczesnych widzów – to scena otwierająca film. Nagie dziewczę o zgrabnej figurze kokietuje starszego mężczyznę. „Bezwstydnico!” – grzmi matka zastępcza do filmowej Juliette. Reżyser prowokował jednak wiele razy – główna postać jest odważna, czasem szorstka i niewychowana, a przede wszystkim nie krępuje się, mówiąc o swoich seksualnych zachciankach. Choć czasami hamuje swe żądze i stara się swoich adoratorów trzymać na dystans. Zresztą jest to zobrazowane pewną, choć nie do końca udaną, metamorfozą Juliette.

Byłoby jednak niesprawiedliwym powiedzieć tylko o tym filmie, że posiada odważne sceny (jak na lata pięćdziesiąte – oczywiście), czy że za główną bohaterkę ma młodą dziewczynę, która sypiała z wieloma mężczyznami. Oprócz pełnej wdzięku Brigitte Bardot, film ten przyciąga malowniczymi widokami Saint-Tropez, kojącą muzyką i sielskim klimatem. Większość scen nakręcono nie w studio, a na ulicach i obrzeżach francuskiego miasta, natomiast nowy sprzęt filmowy pozwolił na płynne, żywe ruchy kamerą.

Jednak podczas oglądania filmu wytworzył się u mnie pewien dysonans. Piękne, nadmorskie miasteczko mocno kontrastuje z bohaterami. Nie kierują się oni bynajmniej zdrowym rozsądkiem w swoim działaniu. Michel, który podkochuje się w Juliette, decyduje się z nią ożenić mimo świadomości jej lekkiego prowadzenia. Natomiast protagonistka w pewnej scenie z nudów strzela z pistoletu przez okno warsztatu. Czy jest to normalne zachowanie? Jak dla mnie nie. Co ciekawe, ta nieprzewidywalność postaci była jak najbardziej dla mnie przewidywalna. Domyślałem się, że atrakcyjna dziewczyna w końcu ulegnie pokusie romansu, pomimo ustatkowania. A jednak mimo to miałem cichą nadzieję, że będzie inaczej – optymistyczne słowa Juliette „Przyszłość wymyślono, żeby nie cieszyć się chwilą” oraz czułe komplementy w stronę męża przez chwilę sugerowały udaną przemianę bohaterki. Jeśli to Vadim chciał osiągnąć – czyli wywołać u widza dysonans poznawczy – to chylę czoła.

I Bóg Stworzył Kobietę zdobył ogromną popularność, a tym samym zainspirował innych filmowców do stworzenia podobnych dzieł, otwierając nurt o nazwie nowa fala. Trzy lata po debiucie Vadima premierę ma Czterysta Batów François Truffaut, w którym chłopiec chce uciec od swoich problemów, pakując się jednak w kolejne tarapaty, co wskazuje na brak logiki i rozwagi w jego działaniu. Hiroszima, Moja Miłość Alaina Resnais'go opowiada o trudnej miłości między kochankami, dla których wojna okazała się cierpieniem – zafascynowanie Japończyka piękną Francuzką idealnie współgra ze scenami kręconymi w nocy (!). Zdesperowany Michel zabija policjanta i wciąga tajemniczą kobietę w plan ucieczki w Do Utraty Tchu z 1960 roku. Natomiast w Alphaville – oryginalnym połączeniu filmu noir z science-fiction – postać femme fatale częściowo była inspirowana kobiecymi postaciami z dzieł Vadima.

Cech nowofalowego filmu można się dopatrzeć nie tylko we francuskim kinie. Dla przykładu Czesi w latach 60. dużo czerpali z dzieł francuskich filmowców, adaptując ten kierunek do swoich realiów. Natomiast z twórców zachodnich, to Stanley Kubrick szczególnie upodobał sobie tamten nurt. Niezrozumiałe zachowanie bohaterów, prowadzące ich do zguby, oraz długie sceny bez cięć to cechy większości produkcji nowej fali, natomiast ostatni film Kubricka – Oczy Szeroko Zamknięte – przywołuje na myśl twórczość Vadima, w których kipi od erotyzmu i zafascynowania człowieka jego dziką naturą.

Wracając do samego Rogera Vadima, oczywiście nie poprzestał on na "Kobiecie" – już rok później miał premierę kolejny film, Księżycowi Jubilerzy, również z Bardot w roli głównej. Francuski reżyser był związany z kinem niemal do końca życia. Ludzie pokochali Bardot oraz dzieła Vadima, a Vadim… kochał kobiety. Do każdego swego filmu zapraszał młode, piękne dziewczyny. Grane przez nie bohaterki kusiły swoimi wdziękami oraz szokowały otwartością na seks. Zresztą same tytuły mówiły za siebie: Niebezpieczne Związki, …I Umrzeć z Rozkoszy, Kłopotliwa Narzeczona, Siedem Grzechów Głównych, Występek i Cnota, Ładne Dziewczyny Ustawiają Się w Szeregu czy Gdyby Don Juan Był Kobietą.

Vadim miał to do siebie, że nie za bardzo bawił się w subtelność – zupełnie jak kobiety w jego filmach. Erotyzmem ociekały niemal wszystkie jego produkcje; nawet w kiczowatym science-fiction, Barbarelli. Królowej Galaktyki z Jane Fondą, reżyser nie mógł się powstrzymać. Na początku Prezydent Ziemi podczas wideorozmowy z tytułową bohaterką zapewnia, że ta nie musi się ubierać; a Mark na pytanie pięknej wojowniczki, jak mogłaby mu się odwdzięczyć, odpowiada bez ogródek: „Chciałbym się z tobą kochać”. Seksizm w całej okazałości.

I Bóg Stworzył Kobietę jednak nie tylko wypromował Bardot, zrewolucjonizował kino i rozpoczął reżyserską karierę Vadima – ale również zakończył jego związek z młodziutką modelką. Podczas kręcenia scen Bardot zaczęła mieć romans z Jean-Louis Trintignantem, czyli filmowym Michelem. Roger i Brigitte wzięli rozwód w 1957. Francuski reżyser miał, a zarazem nie miał szczęścia do kobiet – po Bardot poślubił jeszcze cztery kobiety; był także dosyć długo związany z Catherine Deneuve. Każdy jego związek trwał średnio 4-5 lat; tylko z Jane Fondą udało mu się przeżyć osiem w małżeństwie.

Dlatego I Bóg… nie jest obrazem, który opowiada o cudowności kobiety. Wręcz przeciwnie – potrafi ona sprowadzić mężczyznę na złą drogę, sprawić mu przykrość. W filmie doskonale pokazano, do czego może doprowadzić zazdrość. I choć Michel ostatecznie wybacza zdradę Juliette, nie wróży to dobrze na przyszłość temu związkowi. Co prawda, w ostatniej scenie para trzyma się za ręce – ale czy wyglądają na szczęśliwych? Wątpię.

Pierwszy film R. Vadima, który miał stanowić swego rodzaju prezent, był napisany specjalnie pod Brigitte – nie musiała się ona specjalnie uczyć roli, po prostu grała samą siebie. Film nawet w pewnym stopniu okazał się odbiciem prawdziwej relacji reżysera z jego pierwszą żoną. W podobnym kierunku zresztą poszli inni nowofalowi reżyserzy. Czterysta Batów zawiera fragmenty autobiograficzne, natomiast Hiroszima, Moja Miłość to na swój sposób film dokumentalny i antywojenny, szokujący scenami rannych Japończyków po zrzuceniu bomb atomowych przez USA.

I Bóg Stworzył Kobietę okazał się swego rodzaju samospełniającym się proroctwem. I to jest najbardziej niezwykłe, a zarazem przygnębiające dla mnie w całym tym filmie – a nie scena spoliczkowania Juliette. Jednak w tym szaleństwie – szaleństwie bohaterów, szaleństwie kobiety – tkwi metoda. Metoda na opowiedzenie swojej historii, uczuć, lęków i oczekiwań. Metoda, która zrodziła wiele kultowych, ponadczasowych dzieł kinematografii.


Demokracja a społeczeństwo. Myśl Alexisa de Tocqueville'a

napisany przez Bednarski w stycznia 6, 2018

Pod koniec XVIII wieku w kilku państwach miał miejsce proces przechodzenia z ustroju arystokratycznego do demokratycznego. Jednym z myślicieli, którzy dostrzegli tę przemianę, był hrabia Alexis Henri Charles de Tocqueville, francuski filozof, socjolog i polityk. W swoim najsłynniejszym dziele, O Demokracji w Ameryce, poruszył nie tylko historię tej rewolucji – jak określał ruch demokratyzacji – w USA, ale również idee, które diametralnie wpłynęły na młode, amerykańskie społeczeństwo.


Jedną z koniecznych zasad do zaistnienia reżimu demokratycznego, która była szczególnie mocno widoczna w Stanach Zjednoczonych na początku XIX wieku, jest zasada suwerenności ludu. W demokracjach to właśnie naród powołuje osoby, które będą odpowiedzialne za rządzenie, ustanawianie praw i karanie w jego imieniu. Tam też społeczeństwo samodzielnie rozwiązuje swoje problemy, bez pomocy obcych, zewnętrznych ośrodków. „Wybierając prawodawców, lud uczestniczy tym samym w kształtowaniu praw” – pisał Tocqueville. Podkreślał on, że w demokracjach ważna jest nie tylko sama zasada istnienia instytucji politycznych, ale również ich działanie – toteż lud powinien, wręcz musi, bezpośrednio mianować swoich przedstawicieli.

Równie ważną kwestią, na którą autor zwracał szczególną uwagę, jest fakt, że idea demokracji w rzeczywistości opiera się na równości, a nie wolności. Państwo amerykańskie jest doskonałym tego przykładem – mimo zróżnicowania w tym społeczeństwie niemal wszyscy posiadali takie same prawa. Tocqueville w praktyce obserwował rezultaty wyborów powszechnych wśród ludzi, których język, religia i obyczaje czynią niemal obcymi sobie nawzajem. Ponadto filozof dostrzegał jeszcze jedną ogromną zaletę demokracji: zdolność człowieka do samodoskonalenia się. W arystokracji jest to niemal niemożliwe, bo społeczeństwo jest tam ściśle sklasyfikowane.

Czy to oznacza, że Alexis de Tocqueville upatruje w rządach ludu największe dobro dla społeczeństw? Bynajmniej nie. Francuski hrabia obawiał się, że ze skrajnej wolności może wyniknąć anarchizm, a z niezależności indywidualizm, który jest niemal tak samo zły jak egoizm. Największe jednak obawy budziła w nim "nieszlachetność" demokracji. Nie chodzi tu jednak o pochodzenie władzy, a o osoby, w rękach których ta władza jest skupiona, które nie posiadają zbyt wielkich ambicji, i są mniej zdolni do poświęceń. Dlatego też preferował „wychowanie w duchu arystokratycznym” na demokratycznej scenie politycznej, gdzie społeczeństwo obywatelskie, oddzielone od społeczeństwa politycznego, na drodze równości i wolności dążyłoby do najwyższych i zaszczytnych celów. Tocqueville'a należy więc raczej uznać za zwolennika koncepcji liberalizmu arystokratycznego.

Mimo tych zastrzeżeń filozof upatrywał wyżej demokrację niż arystokrację. Zamiast studiować teorię ustroju demokratycznego, dostrzegł potencjał wynikający ze współczesnych mu wydarzeń w konkretnych społeczeństwach. Pokładał dużą nadzieję w suwerenności ludu oraz organów, które zrodziła Ameryka: stowarzyszeń, wolnej prasy, racjonalnego, a nie konserwatywnego podejścia do wychowania i socjalizacji. Słusznie zauważył, że rewolucja ta jest nieuchronna i, jeśli dobrze wykorzystamy jej największe zalety, może przynieść spore korzyści społeczeństwu, jak i pojedynczemu obywatelowi.


Niniejszy esej dostępny również na Academia.edu

(Głosy: )

Zobacz także:

Kobiety w życiu Rogera Vadima – jak wpłynęły na rozwój francuskiego kina nowej fali

„Ma odwagę robić to, co chce i kiedy chce” – opisuje dojrzały mężczyzna główną bohaterkę jednego z przełomowych filmów w histori…

„Czy to już znasz, kochanie? Czy nie wiesz, jak to jest? Czy wierzysz im bez granic, czy zechcesz wierzyć mnie?” – zaczęli ostatnio wypytywać fani Łosowskiego i Skawińskiego.


A mają powód, bo niedawno ukazała się kontrowersyjna biografia założycieli zespołu Kombii, pod tytułem "Królowie Życia".

Nie ma jak szpan
Książka G. Skawińskiego i W. Tkaczyka mocno przypomina wydaną rok temu biografię ich dawnego kolegi, Sławomira Łosowskiego, pod tytułem "KOMBI. Słodkiego Miłego Życia – Prawdziwa Historia". Podobnie jak tamta pozycja, tak i Królowie Życia są napisani w formie wywiadu-rzeki (a wywiady mają to do siebie, że łatwo się je pisze i przyjemnie czyta), w układzie problemowo-chronologicznym, przedstawiając życie zarówno osobiste, jak i artystyczne muzyków; a do tego książka jest bogato ilustrowana archiwalnymi fotografiami. Całość sprawia solidne wrażenie, będąc wydana w twardej oprawie, a okładka ładnie prezentuje się na półce.

krolowie-zycia.jpgEDIPRESSE Książki

Nietykalni
Rozmowa zaczyna się spokojnie, na neutralnym gruncie, od wspomnień z dzieciństwa i młodzieży w Mławie. Szybko jednak przeradza się w atak na Sławomira Łosowskiego. Rzecz całkiem normalna, bo książka powstała głównie jako odpowiedź Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka na różne oskarżenia ze strony jednego z założycieli KOMBI. Trzeba jednak przyznać i nie chciałbym tutaj jednoznacznie stawać po jednej ze stron, negując słowa Skawińskiego i jego przyjaciela czy umniejszać rolę "Łosia" w dawnym zespole – że niektóre słowa w stronę łysego klawiszowca są naprawdę mocne, momentami wręcz ohydne (nawet stary Łosowski w swojej książce nie był tak wulgarny). Szkoda również, że Kuba Frołow, który przepytywał parę gitarzystów, nie starał się za bardzo ich "prowokować" – podobnie zresztą jak Wojciech Korzeniewski w rozmowie z Łosowskim. (Ale co się dziwić, skoro nazwiska muzyków widnieją na okładce jako autorów książki). Z drugiej strony cieszy to, że ani prowadzący wywiad, ani redakcja z wydawnictwa nie zdecydowała się na cenzurę wulgaryzmów, co nadaje pikanterii temu tytułowi i nie pozostawia czytelnika obojętnym.

Kombi_80s - sesja foto.jpgarch. pryw. S. Łosowskiego

Tabu – obcy ląd
Na szczęście w połowie książki zaczyna znikać ten "jad", a Tkaczyk i Skawiński zaczynają opowiadać o perypetiach związanych ze Skawalkerem, O.N.A. oraz KOMBII. Fragmenty te będą ciekawe nie tylko dla fanów wymienionych formacji, ale i osób, które na dobre siedzą w muzyce – zawodowo czy hobbystycznie. Padają ciekawostki na temat kampanii promocyjnych zespołów Skawińskiego, jego "wioseł" i innego sprzętu, a także procesu produkcji albumów muzycznych. Pojawiają się również komentarze odnośnie Agnieszki Chylińskiej oraz innych osób z tej branży, również zagranicznej – znalazła się m.in. opinia Waldka Tkaczyka na temat Metalliki, potwierdzająca tylko znaną frazę, że ”skończyli się na Kill 'Em All”. I nie myślcie, że druga połowa wywiadu jest znacznie spokojniejsza! – tu również muzycy używają określeń na "Ka" i "Pe"; choć już nie bije od nich taką pychą i zazdrością jak przy wcześniejszych fragmentach. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że padają gorzkie słowa na temat muzycznego show-biznesu od strony kuchni; tym samym Skawiński i Tkaczyk łamią pewne tabu.

Kombii - sesja foto.jpgfot. Kobaru

Nie ma zysku
Poza mankamentami, o których już pisałem, na niekorzyść książki wypada zakończenie – wydaje mi się, że rozmowa została jakby nagle ucięta; sam autor wywiadu mógł także zastosować kompozycję klamrową. Ponadto przeszkadzały mi takie drobnostki jak nieliczne błędy w tekście (brak kropek, powtórzenia słów) oraz fakt, że książkę nie za wygodnie trzymało mi się w rękach. Niemniej sam wywiad, mimo że kontrowersyjny, potrafi zaciekawić, dostarczając wielu cennych informacji; a rozmowa z dwoma artystami – bogata w liczne wtrącenia, dygresje – wydaje się naturalna, a spowiedź muzyków szczera, gdzie oprócz złośliwych komentarzy na temat innych, ma miejsce również autorefleksja i autokrytyka ze strony Skawińskiego i Tkaczyka. Dlatego Królowie Życia nie są najlepszą, ale za to całkiem solidną pozycją na polskim rynku biografii muzyków. Polecam każdemu, kto choć minimalnie interesuje się rodzimą sceną muzyczną – i to niezależnie, czy jesteś #TeamŁosowski czy #TeamSkawiński.

(Głosy: )

Zobacz także:

Przymierzamy KALESONY SOKRATESA – recenzja książki

Kuba miał wiele marzeń. Jednym z nich było napisanie i wydanie książki. Udało się. I wiecie co? Było fajnie! Ale mogło być lepie…